Showing posts with label writing. Show all posts
Showing posts with label writing. Show all posts

Monday, 25 July 2016

epicentrum życiowej szczęśliwości

Wnioskując po spotkaniach rodzinnych, życie młodego człowieka jest podzielone na kilka etapów. Gdzieś między "Gugugu, daj cioci klocuszka!" a "To kiedy doczekamy się wnuków?" jest matura i studia, czyli tzw. "najlepszy okres w życiu", Wszyscy, którzy już wytarli z pamięci swoje licealne świadectwa, ciągle wyrażają swoją zazdrość i ubolewanie, że ich stare kości nie udźwignęłyby już ciężaru studenckich imprez. 

Będąc właśnie w epicentrum życiowej szczęśliwości, robię chyba coś nie tak. Przesądzanie jednym kliknięciem o swojej przyszłości (magia rekrutacji online) kojarzy mi się bardziej z wiszeniem nad urwiskiem niż wycieczką do Disneylandu. Bo właściwie jakie perspektywy ma przed sobą dziewiętnastolatek ze spakowaną walizką i miejscem w akademiku? Jeśli jest osobą samodzielną i poukładaną, dojdzie mu trochę nowych obowiązków - robienie zakupów, kserowanie książek w bibliotece, zgarnianie do kosza syfu współlokatorów itp. Student dziecinny i impulsywny prawdopodobnie wyda oszczędności w tydzień (piwko na mieście swoje kosztuje), żeby przez resztę miesiąca jeść bułki z chlebem i odsypiać zamiast chodzić na wykłady. Czy to uczy samodzielności tak bardzo jak mówią? Sądząc po tym, ilu "dorosłych dorosłych" nie umie ugotować obiadu czy utrzymać porządku w szafie - chyba nie.

Możliwe, że koniec liceum to dobry moment, żeby lepiej poznać siebie. Udary mózgu z czasów gimnazjalnych się zaleczyły, fałszywe przyjaźnie nie przetrwały, niektórzy mają już wieloletnie hobby i biznesplany. Kłótnie z rodzicami, jakie kierunki są "przyszłościowe" ćwiczą asertywność, a przy okazji rozwożenia papierów można pozwiedzać polskie miasta. Niektórzy pracują, żeby odłożyć trochę pieniędzy, inni przeciwnie - wydają co mają na zagraniczne podróże. 

Należę do "szczęśliwców", którzy nie planują poprawiać matury, więc prawdopodobnie w październiku wskoczę dość spontanicznie w studenckie życie w nowym mieście. Moje oczekiwania są mieszanką zdjęć minimalistycznych kawalerek z "Elle Decoration" i słabych dowcipów o biednych studentów. Ból dupy powoduje głównie za dużo niewiadomych i strach przed obcymi (w życiu nie otworzę listonoszowi mieszkając sama), ale może będzie fajnie? Życie to zweryfikuje.

I jeszcze bardzo niemiła rzecz - tuż po wyjściu z matur, kiedy człowiek zmarnowany, czerwony i smutny, wszyscy wypytują, jak poszło (a skąd mam niby wiedzieć?). A kiedy już znam wyniki i kwiczę z zadowolenia i chęci poszpanowania, nikt nie jest zainteresowany.




Friday, 29 April 2016

tuż przed maturą - refleksje, w których staram się nie pluć na polski system edukacji

Za kilka dni zaczynają się matury (określenie "za kilka dni" nawet mnie nie stresuje, bo to już i tak za mało czasu, żeby się dużo nauczyć - najgorzej było usłyszeć na wyjeździe do Gdańska "za tydzień zaczynają się matury", bo to zepsuło cały relaks). Wszyscy moi starsi znajomi raczej nie będą zbyt podekscytowani tym faktem, byłam już raczona pocieszeniami typu "Pierwsza sesja jest tysiąc razy gorsza od matur", ale postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami i tym, co bym zmieniła, gdybym ogarnęła w porę, jak działa państwowe liceum.
Jestem osobą uczącą się regularnie od czwartej klasy podstawówki, ale obdarzoną znikomą pamięcią, zwłaszcza długotrwałą. Dlatego lubię mieć często sprawdziany, żeby na bieżąco mieć nad sobą bata i przerabiać małe partie materiału na raz. W związku z tym forma matury (informacje z całego życia na raz w ciągu trzech godzin, w wielu przypadkach formułki wykute całymi zdaniami z książki) niezbyt mi odpowiada. No ale do początku tego roku szkolnego uczyłam się tak jak do tej pory, czyli żeby mieć dobre oceny i umieć materiał z podręcznika. I guzik mi to dało. Co polecam zamiast tego?

1) Jak najszybciej ustalić priorytety. Krótko mówiąc, idąc do liceum od razu wybrać sobie uczelnię i sprawdzić zasady rekrutacji. Zaznaczyć na czerwono w planie lekcji przedmioty, z których trzeba wypaść dobrze na maturze i uczyć się ich porządnie od pierwszego września, a resztę olać (z dzisiejszej perspektywy staranie się o piątkę z francuskiego czy historii, których nie zdaję, wydaje mi się totalną stratą czasu).

2) Nie kupować podręczników. Z biologii i chemii uczenie się w inny sposób niż na podstawie zbiorów zadań i arkuszy z poprzednich lat daje znikome efekty. Połowa podręcznika to rzeczy, o które nigdy nie zapytają albo ogólne teksty typu zapchajdziura. Z drugiej strony książki specjalistyczne bywają zbyt szczegółowe, przez co można sobie namieszać ciekawostkami i wyjątkami od reguły. Optymalna opcja dla mnie - jak najwięcej zadań, a jak nie wychodzi, przepisywanie odpowiedzi z klucza do zeszytu i powtarzanie na podstawie takich notatek. Naprawdę dużo schematów się powtarza, zwłaszcza doświadczenia z chemii, które są praktycznie co roku (mangany, chromy i miedź </3).

3) Wykorzystywać na maksa skoki energetyczne. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale potrafię jednego dnia uczyć się trzy-cztery godziny i być świeża jak skowronek, a innego położę się na kanapie z zeszytem i leżę tak cały dzień śpiewając w głowie "Don't blame it on me". Zamiast z tym walczyć, próbuję zrobić jak najwięcej w "dobry" dzień, a w "zły" pouczyć się pół godziny albo w ogóle sobie odpuścić. Bardzo lubię też czytać coś w metrze (najczęściej jadąc na jogę) - czas i tak mija, a w miesiącu co najmniej jedna lektura tak wpadnie.

4) Robić tylko robiąc, a zamiast gadania odpoczywać. Ile się gada o nauce, a ile naprawdę uczy? No właśnie. Samo myślenie o maturze męczy i stresuje. Rozmawianie i przeżywanie nie wlicza się do przygotowań, a większość osób (w tym nauczycieli) tak to traktuje. Zamiast bujać się w pozycji embrionalnej i uważać, że tak trzeba, lepiej pójść na spacer do Biedronki po czekoladę z masłem orzechowym (reklama niesponsorowana) i obejrzeć odcinek dobrego serialu albo pograć w scrabble (moje wieczorne uzależnienie).

To kilka takich luźnych pomysłów, które przyszły mi ostatnio do głowy. Teraz za wiele mi to nie pomoże, ale postaram się stosować do tych metod także na studiach (jeśli się na nie dostanę, he he). Wszystkim maturzystom życzę powodzenia, a sama oprócz jednej wizyty w bibliotece planuję już głównie relaks, śpiewanie mantr i ulubione prace domowe (mycie naczyń i pranie).

Saturday, 26 March 2016

Fitspiracje

Trzasnęłam sobie dyszkę z rana,
a tu już kolega donosi, 
że przetruchtał dystans
wokół ziemskiej osi.
Nieważne ile przysiadów zrobię
i tak mam zadek drugi po tobie.
Nawet trener Madonny powiedział, 
że z tymi genami by w domu siedział.
Gdyby dziewczyny z reklam Adidasa
od święta sobie popuściły pasa
firmie uciekłaby spora kasa.

Z połamanymi kończynami
przecież nadal można machać hantlami.
Choroba, ciąża, poronienie?
Rekord stracisz niepostrzeżenie.
Omiń okno anaboliczne,
a zaraz wyskoczą zmarszczki mimiczne.

Maraton to konieczny krok,
chyba zostanę na drugi rok.
Wstawaj o trzeciej, brzuszki rób,
i tak już jesteś towarzyski trup.
Koktajl z jarmużu sącz z pogardą
dla tych, co jedzą jajka na twardo.

Te badania to prawda, czuję to -
endorfiny lekiem na całe zło.
Mam szcześciopaka, jestem gość.
Moja dziewczyna też wycięta na kość.
Regeneracja będzie w trumnie,
koledzy sportowcy zapłaczą tłumnie.

Sunday, 22 November 2015

Pół roku do matury - 3 nieoczekiwane problemy licealistki

Zgodnie z moimi przewidywaniami, od początku września (jeśli nie wcześniej) głównym komunikatem wysyłanym przez mój mózg (obok "spać!" i "jeść!") oraz otoczenie jest "matura!". Chociaż czuję się dość zadowolona z tego, że poziom znerwicowania trzymam w granicach normy, to na przestrzeni tych kilku miesięcy zaczęłam zauważać utrudniające życie rzeczy, których się nie spodziewałam. Oto one:

1) Przesyt informacyjny. Większość ludzi, nie tylko w wieku licealnym, skarży się na notoryczny brak czasu. Dla mnie problemem jest coś innego. Po powrocie ze szkoły czuje się tak wypchana różnymi treściami, że na widok podręczników i zadań powtórzeniowych dostaję choroby lokomocyjnej. Nie jestem w stanie nawet przeczytać dla przyjemności kryminału, bo literki źle mi się kojarzą. Mega frustrujące - mieć czas, ale nie móc go (produktywnie) wykorzystać.

2) Kompletna abstrakcyjność dalszego życia. Mam wrażenie, że przyszły rok to największa dotychczasowa niewiadoma. Nawet, jeśli jakoś wybrałam sobie kierunek studiów i uczelnię, na którą mam szansę się dostać, to pozostaje jeszcze milion znaków zapytania. Jakie się trafią pytania na maturze, jakie będą progi, w jakim mieście wyląduję, gdzie będę mieszkać, jak się ogarnę z gotowaniem, czy nie ma potworów pod łóżkiem itd. Dla mnie, jako osoby, która już planuje, czy w kawalerce będzie mieć różową czy niebieską szczoteczkę do zębów, strawienie tylu niewiadomych jest trudne.

3) Rozbudowana siatka zajęć zastępczych. Ciągle chowam się po kątach ze strachu, że ktoś zapyta mnie "Czemu się nie uczysz?". Dlatego wynajduję mało wymagające czynności, którymi mogę wypełniać dzień, gdy nie mogę dłużej siedzieć nad książkami. Także od niedawna jestem fanką Scrabbli, serialu Breaking Bad, robienia sobie maseczek, uczenia się ulubionych piosenek na pamięć i wiszenia na drążku w korytarzu. 

Mam nadzieję, że powyższe fakty nie spowodują, że mój procentowy wynik z matur będzie liczbą przypominającą temperaturę powietrza w listopadzie. Póki co jeszcze myślę stosunkowo pozytywnie. Gdybyście za mną tęsknili, trochę mniej niż bloga zaniedbuję niedawno powstałego instagrama.

Sunday, 2 August 2015

Wyznania kelnerki - 7 (nietypowych) rzeczy, których nauczyłam się pracując w lipcu

Kto z moich znajomych/rodziny tu zagląda, ten wie już pewnie z facebooka tudzież z moich opowieści, że od drugiej połowy czerwca zaciągnęłam się do pracy jako kelnerka (a właściwie osoba do wszystkiego) w wegańskiej knajpce. Za wcześnie jeszcze na podsumowania, bo przez kolejne trzy tygodnie zbiorę ciut więcej doświadczeń, ale na półmetku pozwolę sobie na wpis z siedmioma bardziej niestandardowymi naukami, które wyniosłam do tej pory.


1) Niekoniecznie umiem to, co mi się wydaje. To ubodło mnie głównie na dwóch płaszczyznach - sprzątanie i liczenie. Ja, Perfekcyjna Panie Domu, pierwszy raz miałam w ręku mopa i nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. W domu używam odkurzacza i szmaty do podłogi, teraz dostałam do dyspozycji mokre frędzle, a do pomocy szufelkę, z której zwiewa wszystkie śmieci. Druga sprawa - osoba z wynikami z matematyki powyżej przeciętnej, miewa problemy z wydaniem reszty z pięćdziesięciu złotych czy wieczornym podliczeniem kasy (po dwudziestej pierwszej mózg mam na trybie czuwania). Pod wpływem stresu, zmęczenia czy pośpiechu najprostsze rachunki stają się maturą rozszerzoną.

2) Sok marchewkowy uprzykrza życie. Oczywiście robienie soków w porównaniu z myciem sokowirówki to cudowna rozkosz. Marchewka jest tu wyjątkiem. Klienci wyjątkowo lubują się w sokach z tego jednego warzywa. Po kupieniu, umyciu i pokrojeniu kilograma marchewek okazuje się, że wychodzi z nich jakieś 300 mililitrów soku (jeśli są soczyste). Nawet przyniesienie wszystkich dostępnych sztuk z pobliskiego sklepu nie gwarantuje, że w kluczowym momencie wyciskania okaże się ich za mało i trzeba będzie błagać klienta o możliwość dodania jabłka lub gruszki do jego pomarańczowego nektaru.

3) Ludzie myślą, że hoduję króliki. Coś, co kupuję każdego dnia to sałaty. Cztery, czasem osiem dziennie. Chodzenie po okolicy z siatami wypełnionymi zieleniną często prowokuje komentarze. "Tak z ciekawości, co Pani robi z tymi sałatami?", "Tylko króliczka brakuje" itp.

4) Niektórzy przychodzą z nietypowymi prośbami. Osoby, które wchodzą do lokalu w innych celach niż zamówienie jedzenia to standard. Po co? Skorzystać z toalety (!), zapytać o drogę, rozmienić pieniądze, rozwiesić plakat, sprzedać nam noże albo pożyczyć marker (którego nie mamy).

5) Zawsze jest coś do zrobienia, ale nie zawsze się chce. Wydawałoby się, że w małym lokalu z niekosmiczną liczbą klientów nie ma co robić. Trochę prawda, trochę nie. Zawsze można coś dokupić, bo się kończy, umyć drzwi albo pójść odebrać zaległe faktury. Ale kiedy po kilku godzinach obsługiwania ludzi ma się możliwość usiąść i poczytać książkę, zwykle się z niej korzysta.

6) Napiwki znikają najszybciej. Kelnerka ma przywilej zgarniania do portfela napiwków. I te napiwki faktycznie dość często się zdarzają, mimo niezbyt wysokich cen jedzenia (zawsze myślałam, że w tańszych lokalach to nie występuje). Tylko zaraz po wyjściu z pracy te napiwki przepadają. O, mam drobne, kupię wodę/bób/gazetę/papier toaletowy. O, drobne się skończyły. Tyle z oszczędzania.

7) Biceps robi się sam. Mimo dużej dawki siedzenia, formy w pracy kelnerka nie straci. Mieszanie w wielkim garze z podgrzewającym się seitanem czy przynoszenie ośmiokilowych arbuzów z samochodu to rozgrzewka. Najlepsza siłownia to duży worek ze śmieciami. Podnoszenie (martwy ciąg), targanie w stronę śmietnika (spacer farmera) i w końcu zamach z podrzutem śmieci do kontenera (swing jednorącz lub oburącz). Masa mięśniowa bez karnetu zapewniona.
Przeglądając te punkty mam wrażenie, że przedstawiam się jako udręczonego pracownika, ale w rzeczywistości bardzo polubiłam te nowe elementy mojej wakacyjnej codzienności. Praca w gastronomii bywa solidnie inspirująca. 

Saturday, 30 May 2015

uleczony świat (opowiadanie sf)

- Mamy wyniki - powiedział doktor Zając, siadając ciężko na obrotowym krześle.
Lena ścisnęła Mariusza za rękę i tupała nerwowo butem w podłogę, aż pół śpiący na jej kolanach Julek przeciągnął się i zaczął się wiercić.
Julian urodził się miesiąc przed terminem, co początkowo nie wydawało się przyczyną żadnych problemów. Jednak z biegiem lat zaczął odstawać od rówieśników. Niski, blady i mało energiczny, kilka razy do roku chorował, co było ewenementem w jego otoczeniu. Kiedy w wieku pięciu lat poszedł do szkoły, po pierwszych trzech tygodniach zaczął sypiać piętnaście godzin na dobę. Lena, która pracowała w domu i obserwowała syna, pod koniec września była już mocno zmartwiona. Całymi dniami szukała kontaktu do kilku pediatrów, którzy ostali się jeszcze w Warszawie. Udało jej się umówić na dwie drogie wizyty. Zadbane lekarki kręciły głowami, że w tak zdrowym środowisku uchował się taki "wadliwy egzemplarz". Zalecały więcej zielonych warzyw i co najmniej godzinę ruchu na świeżym powietrzu. Matka posłusznie gotowała szpinak na sto sposobów i wyganiała syna na plac zabaw. Julek jednak protestował, a z każdego spaceru wracał bardziej zmęczony. Lena zrobiła mu wszystkie dostępne badania - z oddechu, końcówki włosa i skanu linii papilarnych. Lekarki długo im się przyglądały, po czym zapewniały, że to nic, tylko za mało zieleniny. Zrozpaczona kobieta zadzwoniła do matki się wyżalić. Starsza pani przyjechała z Łodzi następnego dnia. Nalała sobie kubek filtrowanej wody z wyciągiem z kurkumy i odezwała się przyciszonym głosem:
- Powinnam mieć na jutro namiary na doktora w Warszawie, który może pomóc małemu. To prawdziwy lekarz, stosuje nadal stare metody. Ty możesz tego nie rozumieć, bo wychowałam cię już zgodnie z tym ekologicznym nurtem. A ja żyłam jeszcze w czasach, kiedy jadło się tłustą wątróbkę, piło wódkę i umierało na zawał...
Lena wzdrygnęła się, widząc na twarzy matki tęsknotę za tymi okropieństwami.
- Czy te dawne sposoby nie są niebezpieczne? Do tej pory Julek był badany tylko bezdotykowo i elektronicznie. Nie wiem, jak to zniesie.
- Nic strasznego. Pobieranie krwi, może jakaś sonda w układzie pokarmowym...
Córka przeraziła się nie na żarty.
- Będą mu wbijać igły? To w ogóle jest legalne? Myślałam, że zakazali inwazyjnych metod, od kiedy umieralność spadła dzięki diecie roślinnej, gimnastyce i technikom relaksacyjnym. 
- Nie jestem pewna, czy doktor Zając działa zgodnie z prawem, ale warto zaryzykować. Jest doświadczony.
Tydzień później rodzice z Julkiem oczekiwali na diagnozę w suterenie na Pradze, gdzie przyjmował tajny pediatra. Pięciolatek, z którego opadły emocje związane z igłą w żyle i patyczkiem w gardle, drzemał na kolanach mamy.
- Julian ma niehemoodporność - powiedział Zając - Ewidentnie widać to z krwi.
- Czy to coś poważnego? Co mamy robić? - Mariusz, właściciel fabryki rowerów, nigdy nie słyszał o tej chorobie. Zresztą w ogóle nie słyszał o wielu chorobach.
- To bardzo rzadka przypadłość, ale wyleczenie jest jak najbardziej możliwe i to w dość krótkim czasie. Państwa syn zupełnie nie przyswaja żelaza niehemowego, co powoduje anemię i osłabienie. Wystarczy zacząć podawać Julianowi duże dawki żelaza hemowego.
- Dobrze mówiły lekarki, że więcej szpinaku - szepnęła Lena.
- Żelazo hemowe występuje tylko w produktach zwierzęcych. Zalecałbym czerwone mięso co najmniej trzy razy w tygodniu.
- Żartuje pan. Poprosimy zioła, ewentualnie suplementy. 
- Nie ma - powiedział twardo lekarz - Suplementy ze składnikami odzwierzęcymi dawno wycofano.
- O Boże. Czyli nie ma rady? Może wszczepienie jakichś genów, enzymów? - Lena przypomniała sobie artykuły z "Wiedzy i Życia". 
Doktor westchnął.
- Mięso. Dajcie mu mięso, to wyzdrowieje.
- Skąd mamy je wziąć? To nielegalne - nachmurzył się Mariusz.
- Żyjemy w takim świecie. Ja niczego nie sugeruję. Muszą państwo sami na coś wpaść. I tak już dużo ryzykuję tą pracą - Zając zainkasował dwie stówki i wypchnął zgorszonych Malewskich z mieszkania.
Rodzina wróciła na rowerach do domu. Lena wycisnęła sok z buraka, włączyła Julkowi program edukacyjny i usiadła z mężem przy stole.
- Jak my zdobędziemy to mięso?
- Pierwsze, co mi przychodzi do głowy to czarny rynek. Może działa coś takiego w Warszawie.
- Myślisz, że znajdziemy to w internecie?
- Małe szanse. Usuwają regularnie takie informacje. Zostaje jeszcze polowanie. Trzeba by zdobyć broń, pojechać za miasto... - rozważał Mariusz.
- Na broń lepiej nie liczyć. Jedynie mój nóż do ziemniaków by się nadał. Jak ja mam to przyrządzić? Bo patroszenie zostawiam tobie - Lena schowała twarz w dłoniach - Dlaczego my? Dlaczego musimy przeciwstawiać się temu wspaniałemu systemowi? Wszyscy są zdrowi, a ja w ciąży odżywiałam się wzorowo. Skąd u Julka ta choroba?
- Jeszcze nie ma co rozpaczać. Pojadę jutro do Kampinosu, przywiozę coś dla niego i zaraz wyzdrowieje. 
Fakt, że Julek będzie musiał jeść mięso do końca życia, został pominięty.

*
Matka starała się odwiedzać Julka jak najczęściej. Miała wrażenie, że coraz bardziej dziczeje, od kiedy widuje tylko ją. Nie zawsze udawało jej się dostać na ogrodzony teren lasu, a nawet, gdy już przeszła przez płot, syn nie zawsze się pojawiał. Nie upodobnił się do neandertalczyka, ale żaden szesnastolatek nie wyglądał podobnie do niego. Chłopak był zbity, muskularny i mocno opalony, dłonie stwardniały mu od pracy. Zimą odmawiał strzyżenia, żeby było mu cieplej. Uodpornił się na chłód i ból, a Lena w miarę możliwości przynosiła mu potrzebne rzeczy, prała ubrania i donosiła jedzenie. Jedyne, co mogło my bardzo doskwierać, to samotność.
Tym razem Julek czekał tuż przy płocie.
- Cześć, kochanie - Lena przytuliła się do syna, który szybko się odsunął. Mimo wszystko wykazywał sporo zachowań typowych dla nastolatka - Co u ciebie?
- Zimą tu jest beznadziejnie. Nie moglibyście mnie wziąć do domu chociaż na święta?
- Nie możemy. Wiesz przecież - westchnęła matka - Obserwują nas. Nadal nie wynaleźli roślinnego leku na niehemoodporność. Rząd boi się, że wiadomość o tej chorobie się rozniesie i wywoła panikę.
- Przecież nikogo w szkole nie zaraziłem?
- Nie, to genetyczne. Ale ludzie tego nie wiedzą. Możemy tylko liczyć, że naukowcy szybko coś wymyślą. Przyjdziemy do ciebie z tatą na Wigilię, zrobię wegański piernik z powidłami jak w zeszłym roku - kusiła.
- Zrób od razu dwie blaszki. Od spania w lesie ma się wilczy apetyt. A wbrew temu, co twierdził dyrektor szkoły, kiedy mnie wyrzucał, surowe wnętrzności to nie mój ulubiony przysmak - stwierdził z przekąsem.
- Nadal się tym martwisz? To już ponad dwa lata, nie warto się dręczyć.
- Ktoś na mnie doniósł. Nie daruję mu.
- Byliśmy po prostu za mało ostrożni. Najważniejsze, że wyzdrowiałeś.

*
- To ja - podszedł do niego mniej więcej trzydziestoletni mężczyzna z dzieckiem na baranach. 
- Co pan tu robi? O co chodzi? - Julian patrzył podejrzliwie na wymuskanego przybysza.
- Nie rozpoznajesz? W sumie się nie dziwię, minęło prawie dwadzieścia lat. Też bym cię nie poznał, gdybym nie wiedział, że tu jesteś. Chodziliśmy razem do podstawówki.
- Bartek Zieliński? Tak mi świtało, że jakaś znajoma twarz - zaskoczony Julek uderzył dłońmi o kolana - Z mojego powodu przywiało cię do lasu?
- Tak - Bartek zagryzał wargi - Mówię ci, że to ja. Ja doniosłem wychowawczyni. 
Julian chwilę mrugał z niedowierzaniem, po czym poczerwieniał i zacisnął pięści.
- Dałbym ci w mordę, gdybyś nie miał córki na rękach. Poza tym to za bardzo by pasowało do mojej opinii dzikusa i mordercy - syknął.
- Jestem szują i zniszczyłem ci życie. Nie będę się tłumaczyć, nie mam nic na swoją obronę.
- Po co więc tu przyszedłeś? Masz wyrzuty sumienia, przez które nie pójdziesz do nieba?
- Nie tylko to. Mam też cudowną córkę, która cierpi na to, co ty kiedyś.
Twarz Malewskiego złagodniała. Wiedział, ile rodzice dla niego poświęcili i że nie mieli innego wyjścia, dlatego obraźliwe słowa pod adresem dawnego kolegi nie mogły przejść mu przez gardło.
- Masz interes - pokiwał głową - Potrzebujesz mięsa. Skąd wiesz, że mała jest chora?
- Mój wuj jest historykiem. Dokopał się do wielu wycofanych danych. Przesłał mi broszurkę o chorobach genetycznych sprzed sześćdziesięciu lat, gdy próbowałem leczyć Celinę.
- Nasz nowy wspaniały świat chyba nigdy nie wymyśli na to suplementów. Chodź za mną. Zobaczysz, czego nie pokazują w telewizji. 
Maszerowali między drzewami dość długo, często zmieniając kierunek. W końcu wyszli na zacienioną polanę, gdzie siedziały grupki ludzi. Niektórzy pracowali, inni odpoczywali, znalazło się też kilkoro dzieci. 
- Co się tu dzieje? - nie rozumiał Bartek.
- Myślałeś, że jesteś pierwszy? - Julian uśmiechnął się pod wąsem - Pierwsi przyszli z dekadę temu i regularnie przesiedlają się kolejni, głównie z Warszawy. Niektórzy chorzy na nietypowe przypadłości, inni po prostu znużeni ciągłym gotowaniem zup z jarmużu, dbaniem o sylwetkę i radosnym przekazem medialnym.
- I jest ich coraz więcej?
- Myślę, że w ciągu kilkunastu lat prędzej odbudujemy styl życia bardziej zbliżony do codzienności naszych dziadków niż zrobimy jeszcze większy postęp technologiczny. Ludzie mają już dość udogodnień. Słyszałem, że w Stanach coraz częściej zdarzają się samobójstwa. Średnia długość życia tak wzrosła, że obywatele już nie wiedzą, co robić przez te wszystkie lata.
- Może to kara za dążenie do nieśmiertelności? - Bartek spojrzał w niebo, w kierunku którego unosiły się opary pieczonego na ogniu mięsa.

Sunday, 12 April 2015

suma wielkanocna

W tegoroczne święta powodem konfuzji okazały się dwie sprawy: pogoda i wielkanocne symbole.
- Ma być śnieg na święta - rzucił ktoś w szkole na początku Wielkiego Tygodnia, co spotkało się z okrzykami niedowierzania i zgrozy ze strony jednych oraz uciechą innych.
- Będziemy lepić zajączki!
- I zjeżdżać na sankach!
Podeszłam do tego sceptycznie, bo nie ufam do końca prognozom pogody, zresztą kwiecień w zeszłym roku przechodziłam w cienkich bluzkach.
Do czwartku chmury raczyły warszawiaków jedynie solidnymi ulewami, ale w piątek rano miałam okazję ćwiczyć jogę z widokiem na sypiący garściami biały puch. Wróciłam do domu zmieszana.
- Trzeba było się wstrzymać z wyrzucaniem choinki - rzuciłam, chociaż pozbyliśmy się jej i tak późno, bo pod koniec lutego. Myślałam, żeby zaproponować obejrzenie Kevina samego w domu, ale nie chciałam kusić losu. 
Warunki atmosferyczne dalej ucierały nam nosa w niedzielę, gdy udaliśmy się na rodzinną spacero-przejażdżkę do miasta. Pogoda wymagała trzymania parasoli w obu rękach i jednocześnie wciskania ich do kieszeni. Stojąc na przystanku autobusowym zostaliśmy potraktowani kolejno deszczem, śniegiem i kulkami gradu. Gdyby w okolicy były jakieś krowy, na pewno w tym momencie latałyby, poderwane przez wiatr. Stwierdzenie Przecież nie jesteś z cukru przestało do mnie przemawiać. Mimo to niczyje zdrowie nie zostało nadszarpnięte, chyba dzięki regeneracyjnym drzemkom po powrocie i kubłom herbaty imbir z cytryną.
O przystrojenie stołu zadbała mama z bratem. Najmłodszy domownik udał się w tygodniu poprzedzającym święta wraz ze swoją klasą na warsztaty plastyczne do Mostówki. Dzięki temu naszą kuchnię zdobiły gipsowe kury, kurczaki oraz jajka nadnaturalnych rozmiarów. Drób cechował się psychodelicznymi kolorami oraz groźnym wyrazem twarzy (dzioba?), za to jedno z jajek miało zawieszkę jednoznacznie sugerującą, że jest to ozdoba choinkowa (tu powraca motyw Czemuż wyrzuciliśmy drzewko?). 
Za to mama w pracy dostała baranka zbudowanego z ciasta drożdżowego i wiórków kokosowych. Zwierzę prezentowało się na tyle dobrze, że był problem z jego zjedzeniem. Nikt nie chciał pozbawiać barana głowy, jedynie babcia naruszyła jego ucho. W końcu zdecydowaliśmy się na humanitarny ubój, czyli od tyłu. Baranek do końca świąt miał głowę, którą mógł obserwować, jak pełni skruchy ludzie kroją w plastry jego zadek, a następnie go konsumują. 
Tak więc Wielkanoc w tym roku była wypełniona zadumą nad globalnym oziębieniem, kolorowym drobiem i ubojem rytualnym. Wesołych Świąt!



Monday, 29 December 2014

aktualne naburmuszenia

- Halo?
- Słucham?
- Odbierasz telefony ode mnie?
- A dlaczego nie?
- Myślałem, że jesteś obrażona.
- Bardzo możliwe. Poczekaj, zajrzę do notesu, gdzie mam aktualne naburmuszenia - Malwina udała, że się rozłącza - Żarty żartami, ale poważnie się zastanawiam nad założeniem takiego zeszytu. Obrażam się na ludzi na tyle często, że zdarza mi się o tym zapomnieć.
- W niektórych kwestiach miło mieć Alzheimera.
- Z tego, co mi się wydaje, to ty nie odzywałeś się przez dwa tygodnie. Ja odbieram połączenia nawet od konsultantów z Plusa. 
- Prawda. Pokłóciłem się już ze wszystkimi, a z tobą jakimś cudem nie.
- O! - zdziwiła się kuzynka.
- Dostałem się na studia.
- O! - powtórzyła - Wiedziałam, że Polibuda przyjmie cię z otwartymi ramionami. W końcu fizyka czy energetyka jądrowa? 
- Architektura - bąknął.
Malwina zakrztusiła się oreo. 
- W Krakowie - dodał ciszej.
Dziewczyna charkała przez chwilę w smartfona, po czym Krzysiek usłyszał, jak nabiera powietrza.
- Jak mogłeś mi nie powiedzieć? Kłamałeś przez tyle czasu! Myślałam, że nie mamy przed sobą tajemnic! Na co ci była ta rozszerzona fizyka? Ty podły...
Kuzyn odłożył słuchawkę, zostawił telefon na blacie i poszedł nastawić zmywarkę. Zrobił parę skłonów. Otworzył drzwi balkonowe, kiwnął sąsiadce, napił się soku. Niespiesznie wrócił do pokoju.
- ...i jeszcze wyznaje to przez telefon! Zupełnie ocipiałeś - gadała nieprzerwanie Malwina.
- Bez wyzwisk proszę. Prędzej openisowiałem. W końcu mam jaja podjąć samodzielnie decyzję.
- Ale dlaczego w Krakowie? - jęczała kuzynka - Żyłam w przekonaniu, że występujemy w tym samym cyrku.
- To cyrk na kółkach, może się przemieszczać.
- Co ty planujesz, człowieku?
- Wyrwać się z rodzicielskich więzów. Rysować popołudniami nie tylko trójkąty i trapezy. Nauczyć się robić naleśniki.
- Szlachetne cele. Starzy cię nie wydziedziczyli?
- Prawie. Runęła ich wizja zbudowania mojej kariery w stolicy. Nie chcą niczego finansować.
- I co?
- Na ten moment dostarczanie pizzy i pokój wynajęty przez babcię Eweliny. Jakoś będzie.
- Chyba mówisz o sobie. Marny mój los samotnego samuraja walczącego z nierozgarniętą matką i twoimi zdeprecjonowanymi starszymi.
- Wiesz, jak kończą samurajowie. Albo wszystkich poprzecinasz na pół, albo sama honorowo przebijesz się mieczem.
- Masz szczęście, że nie siedzimy w jednym pokoju. Zaczęłabym przecinanie od ciebie.

Friday, 19 December 2014

Duży błąd Lewandowskiej (felieton z życia szkoły)





Anna Lewandowska, inni celebryci i stada przyklaskujących im dziennikarzy reklamują akcję Stop zwolnieniom z WF-u. Temat pozbawionych kondycji nastolatków jest taki modny, że pojawia się nawet na próbnych maturach z angielskiego. Nie będę zagłębiać się w to, czy szkolny WF ma sens i jak jest przeprowadzany. Warto jednak zwrócić uwagę, jakie aktywności proponuje nasze liceum poza zajęciami wychowania fizycznego.


Codziennym treningiem w Jose jest kilkakrotne pokonywanie schodów. Dodając do tego pięcio-dziesięciokilogramowy plecak kształtujemy pośladki. Na przerwach element siłowy stanowi odpychanie rękami tłumów idących z przeciwnej strony.
Balans i układy gimnastyczne mogą być trenowane na kilka sposobów, ale radzę robić to tylko zaawansowanym sportowcom, którzy wypracowali już bazę tlenową na schodach (tutaj stawiam na klasy humanistyczne z sali 41 ze względu na konieczność częstego wdrapywania się na szczyt tego pionu). Pierwsze ćwiczenie to przechodzenie przez barierkę przed wejściem do szkoły, poprzedzone kłusem w poprzek ulicy, aby skrócić drogę z przystanku. Bieg buduje kondycję, a skłony i wymachy nóg towarzyszące przedzieraniu się przez łańcuch zapewniają ogólną gibkość. Bardziej wymagający trening czeka nas w szatni po siódmej godzinie lekcyjnej. Aby dostać się do swojej szafki oprócz stalowych mięśni trzeba mieć silną motywację i wolę walki. Przydatne mogą okazać się ochraniacze na kolana i frotka do ocierania potu frustracji, gdy ktoś zacznie się bez pardonu rozpychać. 
Bycie fit to nie tylko nienaganna figura, ale też odporność i witalność. Pan dyrektor nie zaniedbuje tych aspektów, organizując co najmniej raz w semestrze próbną ewakuację, która stymuluje system immunologiczny. Uczniowie opuszczają mury szkolne w cienkich ubraniach, niezależnie od pogody i hartują się na trawniku przed ratuszem. Podniesiony poziom adrenaliny zwiększa wchłanianie cennych biopierwiastków z rześkiego, bielańskiego powietrza. Dodatkowo chodzenie po trawie pełnej zwierzęcych odchodów wymaga refleksu i koncentracji.


W tym świetle pani Lewandowska popełnia duży błąd. Bo jak, biorąc regularnie udział w tylu wyczerpujących aktywnościach, mieć jeszcze siłę na trzy godziny WF-u w tygodniu? Każdy sportowiec wie, że kluczem do sukcesu jest proporcjonalna do ilości ruchu dawka regeneracji. Nie bójmy się powiedzieć Stop! akcji Stop zwolnieniom z WF-u, chrońmy swoje zdrowie! 

aha, jeszcze: klik

Monday, 1 December 2014

mały buldog

- Wałówka na Gubałówce najlepsza. Otagowałabym się, ale ciągle nie wyjaśniłeś mi, czemu musiałam zostawić telefon w pokoju. 
- Wystarczy się rozejrzeć, masz tu kilka stadek smartfonowych zombie.
Malwina potoczyła wzrokiem po schronisku. Para w wieku studenckim przy stoliku obok po raz dziesiąty całowała się do zdjęcia, a rodzina zajmująca róg pomieszczenia próbowała ocucić trzech synów, którzy spuchniętymi kciukami zabijali kolejnych wrogów.
- Naprawdę się obawiasz, że zachowywałabym się jak dziewięciolatki? Jedno selfie z pierogami by mi wystarczyło.
- Chodzimy do Zapiecka minimum raz w miesiącu. Nadrobisz.
- Nie o to chodzi. Chodzi o klimat. Spójrz przez okno. Szczyty górskie, kolorowe trawy, spoceni turyści. I to drewniane schronisko. Gdyby zdjąć te paskudne skóry ze ścian, byłoby idealnie.
- Jako organizator wycieczki czuję się doceniony.
- Słusznie. Chociaż ostrzegam, to docenienie nie wyleczy twoich jutrzejszych zakwasów.
- Nie liczę na to. Już wczoraj nie mogłem zasnąć, bo mi nogi drętwiały po całodniowym łażeniu.
- Nie słyszałam, żebyś się wiercił w łóżku.
- Pewnie dlatego, że po pięciu sekundach od położenia głowy na poduszce spałaś.
- Wypiłam wieczorem melisę, siła wyższa.
- Mówił ci ktoś, że śpisz z otwartymi ustami? Ślinisz się jak mały buldog.
- Słodko. Zawsze chciałam mieć psa, ale matka jest uczulona na sierść czy coś tam. Zresztą to przez ten aparat. Noszę go dopiero trzy tygodnie i nie odzyskałam jeszcze władzy nad twarzą - Malwina z niezadowoleniem pokazała na druty na swoich zębach.
- Właśnie, nie wolałabyś wydać tych tysiaków na jakieś nowe zwierzątko zamiast pakować sobie metal do ust? Zwierzątko mogłoby się ślinić zamiast ciebie - Krzysiek odzyskał już siły po skończonym roku szkolnym i wykorzystywał je do ostrzenia dowcipu.
- Aparatu przynajmniej nie muszę wyprowadzać na spacer - wzruszyła ramionami kuzynka.
- Zęby też wypadałoby przewietrzyć.
- Jak nie możesz spać, napij się melisy zamiast obserwować moje uzębienie.
- Z tą melisą to jakaś lipa. Nie dość, że niedobra, to wcale nie uspokaja. Poza tym w takim upale ciężko się zasypia.
- Chyba wynajęcie pokoju na poddaszu to nie był taki dobry pomysł.
- Gdybym był Panem Bogiem, połowę lipcowych upałów zostawiłbym na grudzień...
- Dobre.
- Niestety nie moje, tylko Bolesława Prusa. A przecież w jego czasach globalne ocieplenie nie było jeszcze modne.

Wednesday, 26 November 2014

podejrzane zajęcia

- Czemu leżysz na odwrót? - Krzysiek zastał Malwinę z nogami na poduszce.
- Nie leżę na odwrót, jeśli już to łóżko jest odwrotnie.
- A szklanka jest do połowy pełna czy pusta?
- Zależy, o jakiej połowie mówimy.
- Jak to o jakiej?
- No o większej czy mniejszej.
- Od kiedy ułamki są względne?
- Chyba jest jeszcze coś do odkrycia w matematyce?
- Nie wierzę, że nad tym dumałaś, kiedy wszedłem.
- Chcesz powiedzieć, że myślenie o matmie jest tylko dla mądrych?
- Chcę powiedzieć, że jest lipiec, trzydzieści pięć stopni w cieniu. Niezbyt sprzyjające warunki...
- ...do odkryć naukowych? Pomyśl, jak się musieli męczyć starożytni bez klimatyzacji.
- Niektórzy pewnie byli wachlowani liśćmi palmowymi przez niewolnice.
- Bardziej nadawałabym się na niewolnicę. Mogłabym chodzić w staniku z kokosów.
- Chyba mylisz starożytność z tancerkami hula.
- Taniec brzucha! Miałam zapisać się w te wakacje.
- Jeżeli znowu zaciągniesz mnie na jakieś podejrzane zajęcia, twierdząc, że jedziemy do Empiku...
- To zdarzyło się tylko raz! Przecież wyszliśmy, kiedy kazali nam się rozebrać.
- Powinni zwrócić pieniądze za urazy psychiczne.
- Idź z tym do NFZu, zobaczymy, ile będziesz stał w kolejce.
- Jakbyś przyszła w stroju hula, może przepuściliby nas szybciej do przodu.
- Pewnie pomyśleliby, że jesteśmy z ambasady.
- Ludzie z ambasady zawsze mają lepiej.
- Wszyscy mają lepiej.
- Tylko nie dzieci w Afryce.
- No. Ewelina mi opowiadała, że można zachorować na malarię. Przenosi ją komar widliszek, który żyje tylko w gorącym klimacie.
- Cienias. W Polsce by nie wytrzymał.
- Chyba wystarczy nam tyle chorób, ile mamy.
- Racja. I tak cierpię już na skoliozę, łupież i cylinder.
- Cylinder?
- W oku.
- Czytałam jakiś artykuł, że jak facet jest hipochondrykiem należy odciąć mu dostęp do komputera i alkoholu, to szybko wyzdrowieje.
- Przecież ja nie piję.
- A komputer?
- Wytrzymałbym.
- Sorry, właśnie skazałeś się na dożywotni kapelusz.
- Cylinder.
- Właśnie.
*

(Mam za dużo czasu w tym tygodniu na myślenie o pierdołach i jedzenie burgerów, na dodatek Malwina i Krzysiek mają wakacje. Chciałabym być już tą sobą, którą zawsze sobie wyobrażam, że jestem czy chociażby umieć oddychać przeponowo)

Thursday, 23 October 2014

hipotetyczna kiecka

- To jakiś ponury żart - warczała Malwina, wychodząc z kościoła.
- Sama chciałaś tu przyjść.
- Nie chciałam - sprostowała - Musiałam. Chociaż teraz nie jestem taka pewna, czy podołam przygotowaniom do bierzmowania w przyszłym roku.
- To po co to robisz? Twierdzisz, że jesteś niewierząca, masz plakat Madonny na drzwiach i przebierasz się na Halloween.
- Katolicy nie uznają piosenek Madonny? O Boże! - jęknęła dziewczyna - Czego się nie robi dla ślubu kościelnego!
- Baby - westchnął Krzysiek - Będziesz latać na msze, nagle w siedemnastym roku życia, dla hipotetycznej białej kiecki?
- Sam jesteś hipopotam. A suknię mam już wybraną, w tym sklepie przy Dworcu Wileńskim.
- Aha. A jakiegoś męża naprędce znajdziesz na przystanku autobusowym.
- To motyw z wielu filmów - zauważyła Malwina - Możesz się śmiać, ale nie będę sobie teraz zamykała tylu furtek. 
- W takim razie radzę też się obrzezać i otworzyć trzecie oko.
- Śmieszne. A co, jak mnie ktoś poprosi, żebym była matką chrzestną jego dziecka?
- Jestem pierwszy na liście? - wystraszył się kuzyn.
- Raczej na liście rezerwowej. Czy wszystkie kościoły są takie lipne?
- Liczyłem, że ten ci się spodoba. Inaczej nie jechalibyśmy aż na Wilanów. Ludzie są tu wyperfumowani, pełno nadzianych artystów...
- Chciałeś mnie uchronić od moherowych babć? Szkoda, przynajmniej miałabym się z czego pośmiać.
- A z czego tu się śmiać? Wiara to jakiś powód do wstydu? - nastroszył się Krzysiek, wsuwając różaniec do kieszeni dżinsowej kurtki.
- Jeżeli w definicji Polskiej wiary zawiera się homofobia i rzucanie cegłami w Owsiaka, to tak.
- Błagam! Może jeszcze damy pedałom adoptować dzieci?
- A żebyś wiedział! - Malwina popatrzyła na kuzyna zaskoczona, bo do tej pory używał słowa "pedał" tylko w kontekście części od roweru - Jak to się stało, że znam cię tyle lat, a nie wiedziałam, że masz problemy z tolerancją?
- Pewnie nie wiedziałaś również, że mam grzybicę stóp. Jestem pełen tajemnic. Ja nie mam żadnych problemów, Malwina! Po prostu nie daję sobie wciskać tego medialnego szajsu, którym wszyscy się karmią. I jeśli pogląd, że do spłodzenia dzieci jest potrzebny ojciec i matka został obalony, to zadzwoniłbym najpierw do jakiegoś biologa.

*

(I tak się skończyło zajrzenie do gazety Wprost w poczekalni u dentysty i przeczytanie jednego wywiadu. Szkoda, że nie mam niskiego ciśnienia, bo umiem je sobie skutecznie podwyższać)

Saturday, 11 October 2014

Koniec Świata

Powódź mającą zniszczyć Warszawę zapowiedziano z odpowiednim, dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Tak, żeby ludzie zdążyli wyrobić sobie solidną opinię.
Media nie mówiły o niczym innym. Stolica miała swoje pięć minut. Informacje o warszawskim końcu świata (albo raczej Końcu Świata, czy nawet KOŃCU ŚWIATA) wyparły w wieczornych wiadomościach Putina, pałeczki okrężnicy, a także nowy rekord Guinnessa w zapuszczaniu paznokci u nóg. Do studia zapraszano ekspertów ze wszystkich dziedzin: geografów, astronomów, meteorologów, przedstawicieli Kościoła Latającego Potwora Spaghetti i księży (również pedofilów). 
Mieszkańcy miasta podzielili się na kilka zwalczających się obozów. Ci, którzy nie mogli udźwignąć ciężaru tragedii, wypierali zasłyszane fakty. 
- To niemożliwe. Na najbliższym nam morzu, Śródziemnym, nie robią się takie fale, coby nas mogły zalać - zapewniała ekspedientka z Biedronki - Zresztą wróżka przepowiedziała mi, że za pół roku spotkam miłość swojego życia.
- Nie ma wystarczających danych, aby stwierdzić, że pi razy objętość wody pokryje całą powierzchnię Warszawy - wypowiedział się matematyk z Politechniki. 
Druga grupa, ssąca kciuki przed telewizorami, zaczęła spisywać testamenty. 
- Nigdy nie przypuszczałam, że nawrócę się na chrześcijaństwo - wyznała nauczycielka filozofii z prywatnego liceum - Ale teraz widzę, że Pan ma wobec nas wyższe cele. Przyjęłam chrzest i jestem gotowa oddać się w ofierze za zbawienie przyszłych pokoleń.
- Mogłam być milsza dla koleżanek - szlochała dziesięciolatka.
Większość dyskontów i sklepów internetowych w ciągu kilku dni zostało z pustymi półkami. Przerażeni konsumenci gromadzili konserwy, suchary i karmę dla psów. 
Nie udało się uniknąć zwolenników anarchii:
- Po cholerę recykling, i tak wkrótce umrzemy! - wrzeszczeli gimnazjaliści, przewracając kosze na śmieci.
Pierwszy miesiąc minął jak z bicza strzelił. Po czterech tygodniach ludzie ucichli, zapijając ewentualne smutne refleksje podwójną wódką z wódką. Nikt nie odliczał dni, nie było bilbordów z przypomnieniem, wstrzymano sprzedaż kalendarzy na kolejny rok i nie zapowiadano już dalszych premier kinowych. Prezenterzy telewizyjni i pogodynki ubierali się na czarno, żeby podkreślić, że cierpią razem z mieszkańcami.
Warszawa z dnia na dzień wydawała się coraz brzydsza, w oczekiwaniu osowiała i zestarzała się o kilka lat. Nawet wielopokoleniowi mieszkańcy przyznawali, że to nie to miasto, w którym kiedyś się zakochali.

Marianna nie mogła usiedzieć na tyłku. Spakowała się i postanowiła jechać na jogę. Wzięła podręcznik od biologii z zamiarem poduczenia się w autobusie na piątkowy sprawdzian. Tego dnia zajęcia dla początkujących miała prowadzić Kasia. Marianna była ciekawa, jaką sekwencję asan zaproponuje. 
Dziewczyna ruszyła w stronę pętli autobusowej. Na ulicy było praktycznie pusto. Trwające od paru dni ulewy sprawiły, że każde wgłębienie w chodniku było wypełnione wodą. Mimo wczesnej pory czarne jak cola niebo sprawiało ponure wrażenie.
Marianna wsiadła w 101 w celu dotarcia do metra. Zawsze wybierała miejsce z tyłu, wciskała słuchawki w uszy i odpływała. Na trzecim przystanku autobus stanął, a kierowca otworzył wszystkie drzwi i kazał wysiadać. Nieliczni pasażerowie posłusznie opuścili pojazd. Marianna próbowała przesiąść się w 186, ale on też nie ruszał się z miejsca. Za nim zaparkował 509, prosto w wielkiej kałuży. Sygnalizacja świetlna i piekące w oczy żarówki w autobusach oświetlały czarne niebo i czarny asfalt. I deszcz, mnóstwo deszczu. Dziewczynę z klekotem minęły trzy kolejne sługusy ztm, każdy z napisem "Przejazd techniczny" na czole i bez pasażerów. Marianna zrezygnowana naciągnęła kaptur i zawróciła w stronę domu. Nie miała daleko.

Kiedy zdejmowała w korytarzu mokre ubrania, usłyszała głosy swoich dwóch sióstr.
- Gdzie byłaś? - zaczepiła ją dwunastoletnia Ada.
- Próbowałam pojechać na jogę, ale autobusy odmówiły współpracy.
- Nic dziwnego, sklerozo - mruknęła Lena z kanapy - To dzisiaj.
- Co: dzisiaj?
- Koniec Świata. Jak mogłaś zapomnieć o czymś takim? W pale się nie mieści - Lena miała w tym roku zdawać maturę, przez co stała się jeszcze bardziej sceptyczna niż wcześniej.
- Cicho, cicho. Nas nie zaleje - piszczała Ada.
- Skąd ta pewność, dziecino?
- Mieszkamy na szóstym piętrze. Woda dojdzie najwyżej na drugie.
- Guzik prawda. Jak będą mocne fale, to budynek szybko się przewali. Zwłaszcza, jak wszyscy mieszkańcy wylezą na dach. Dół zaraz namoknie i nasz blok sypnie się jak domek z kart. 
- Przestań, specjalnie mnie straszysz - rozpłakała się najmłodsza i pobiegła na poddasze do swojego pokoju.
Marianna popatrzyła z dezaprobatą na starszą siostrę.
- No co? Przynajmniej będzie miała o czym napisać w swoim pamiętniczku.
- A ty w to nie wierzysz? W Koniec Świata?
- Przeżyłam 2012, kilka meteorytów, które miały uderzyć w Ziemię i rozstanie z chłopakiem. Nie wierzę - Lena wzruszyła ramionami.
- Po co ludzie mieliby robić sobie taką krzywdę? Te informacje w mediach, pustki w sklepach. Warszawa prawie sama legła w gruzach - nie rozumiała Marianna.
- Marny ze mnie naukowiec, ale zaryzykujmy. Skąd wytrzaśniesz tyle wody? Pada prawie bez przerwy, to prawda. Wisła trochę wylewa. I to ma zniszczyć całe miasto? Chyba, że Bóg, wredna niecnota, chce nas zmotywować do budowy drugiej arki - dziewczyna zaśmiała się ironicznie.
Marianna nie odpowiedziała. Nie lubiła kłócić się o sprawy religijne, a była bardzo wierząca. Chociaż musiała przyznać, że argumenty siostry brzmiały sensownie.
Lena, widząc jej konsternację, nie drążyła tematu.
- Nieważne - powiedziała - Co by się nie działo, ja chcę się zrelaksować. Robię sobie gorącą kąpiel, także łazienka zajęta przez godzinę.
- Okej. A o której miał być ten Koniec Świata? - zapytała jeszcze siostra.
- Jak wchodziłam dziś na fejsa ludzie pisali, że o osiemnastej - rzuciła Lena, wchodząc do wanny. 
Marianna popatrzyła na zegar w kuchni. Pół do. No świetnie.
Zaparzyła sobie cynamonową herbatę (miała dziwny posmak, ale fajnie rozgrzewała) i umościła się w łóżku z książką. 
O osiemnastej ktoś zadzwonił do drzwi. Dziewczyna, ubrana tylko w cienką, białą koszulę nocną wyszła niechętnie spod kołdry. Pomyślała, że rodzice znów zapomnieli kluczy. Bez wahania otworzyła.
Na progu stały trzy nieznane jej osoby. Dwóch mężczyzn i kobieta, w czarnych skórzanych strojach, czarnych okularach, z teczkami i pistoletami w dłoniach. Weszli do mieszkania zanim zdążyła zatrzasnąć drzwi. Marianna powoli cofnęła się w stronę ściany.
- Ada! Lena! - krzyknęła słabo.
Drżącymi rękami sięgnęła po telefon leżący na komodzie. Nie działał. Mężczyźni zbliżali się do niej coraz bardziej, a kobieta obstawiała wyjście.
- Co do...? - Lena weszła do salonu z pianą na włosach. Na widok zastanej sytuacji upuściła ręcznik, którym owinęła się w pasie.
Marianna zauważyła jeszcze, że siostra ogoliła prawą łydkę, po czym usłyszała strzał i poczuła ciepło rozchodzące się w głowie.

Przedstawiciele rządu siedzieli przy długim stole. Pili czarną kawę. Czarną jak niebo nad Warszawą poprzedniego popołudnia. Jeden z mężczyzn wstał i zabrał głos.
- Nie udało nam się zbudować drugiej linii metra przed wyborami... - zaczął - ...ale jak sprytnie udało nam się to rozwiązać!
I skreślił Warszawę z mapy Polski. 

Sunday, 21 September 2014

pięścią w twarz

Umówili się przed bramą liceum. Malwina przyszła dosłownie minutę przed tym, jak Krzysiek, razem ze swoimi worami pod oczami, wypadł przez główne drzwi. Z westchnieniem ulgi poluzował krawat. Kuzynka czekała, aż do niej podejdzie i rozglądała się na boki. Puściła oko do jakiegoś zmizerniałego maturzysty, który odpinał rower ze stojaka.
- Chodźmy stąd, bo zaraz się z kimś umówię - wzięła Krzyśka pod ramię (bynajmniej nie po to, żeby okazać wsparcie - próbowała rozchodzić nowe koturny i trochę utykała).
- Opowiadałam ci, że byłam wczoraj u dentysty? Dentysty-sadysty? Proste zdejmowanie kamienia, a męczył mnie przez godzinę. Rozsmarował mi ślinę na całej twarzy. I gapił mi się na cycki, słowo daję!
- Malwina...
- Wiesz, co zrobiłam? Ugryzłam go. Naprawdę, dziabnęłam dentystę. Moja matka płaci dwie stówki, żebym mogła kogoś ugryźć. Normalnie jak w Zmierzchu. Powiedziałam, że zahaczył mi o dziąsło i z bólu mi się zęby zacisnęły. Ale się czerwony zrobił.
- Malwina, możesz...
- Chociaż serio mocno bolało. Myślę, że było warto, mam teraz uśmiech jak z reklamy Colgate - dziewczyna wyszczerzyła zęby.
- Mogę coś powiedzieć?
- Nie. Chyba, że chcesz zdecydować, do której knajpy jedziemy na obiad. Sajgonek mam już dość, wolałabym makaron. Upiekłam ci tartę z budyniem i malinami (tak, tak, niestety przed sezonem). Nie próbowałam jeszcze, ale wygląda bosko. A jak pachnie! - nawijała Malwina na jednym oddechu.
- Zjadłaś torbę yerba mate, że jesteś taka nakręcona? - zdenerwował się Krzysiek - Czemu tak trajkoczesz?
- Zabawiam cię rozmową. Jestem i-d-e-a-l-n-ą osobą do towarzystwa, a ty niezadowolony. Człowiek się stara i co dostaje w zamian? Pięścią w twarz.
- Bardzo lubię twoje towarzystwo, tylko właśnie męczyłem się nad arkuszem z polskiego i trudno mi się wczuć w historię o gryzących dentystach.
- O gryzieniu dentystów.
- Jeden pies.
- Przecież robię to dla twojego dobra - westchnęła Malwina - Przez resztę życia będziesz musiał opowiadać, jak ci poszły matury, więc chciałam, żebyś chociaż przez chwilę o tym nie myślał.
Krzysiek uśmiechnął się zaskoczony.
- To miło. Może masz rację, rodzice i tak wieczorem mnie przemaglują. Postaram się teraz nie napinać. Jedźmy najpierw na Powiśle, skoro już wcisnąłem się w garnitur, trzeba się pokazać na mieście.

*

(Chyba będzie teraz dużo Malwiny i Krzyśka, szybko i bezboleśnie mi się to pisze, a nie mam żadnych ciekawych zdjęć do wrzucenia. Żyję, chociaż trochę mniej od rozpoczęcia roku szkolnego, weszłam w tryb osiem-godzin-snu-to-za-mało, a śnią mi się tylakoidy gran. Ale dzieje się i mam nadzieję, że będzie u mnie coraz ciekawiej)

Sunday, 14 September 2014

napar z pokrzywy

Krzysiek leżał na kanapie w pozycji trupa, z twarzą przykrytą podręcznikiem od polskiego.
- Robisz sobie maseczkę z Mickiewicza? - Malwina stanęła w drzwiach, sama wysmarowana połączeniem jogurtu naturalnego i miodu - Ta książka pewnie przyrosła ci już do skóry, lepiej jej nie zdzieraj.
- Kawy - jęknął kuzyn z kanapy. Dziewczyna podała mu swój kubek z Barbie. Pociągnął łyk i o mało co nie wypluł na dywan (czyszczony w zeszłą środę).
- Co to za paskudztwo? Smakuje rybą.
- Napar z pokrzywy. Wzmacnia włosy i paznokcie - zareklamowała.
- Nie potrzebuję włosów. Potrzebuję wchłonąć romantyzm - Krzysiek zrezygnowany sączył ziółka.
- Nie świruj. Uczyłeś się zawsze na bieżąco. Czego się tak boisz? Powiedzmy, wyobraź sobie najgorszą rzecz, jaka mogłaby się zdarzyć na twojej maturze. Wyrzuć to z siebie.
Chłopak wybałuszył oczy. Do głowy przyszły mu wszystkie (gorsze) komedie pomyłek, które obejrzał przez ostatnie lata. Roześmiał się.
- Chyba coś, co najbardziej by mnie dobiło, to jakieś zakłócenie egzaminów. Ktoś ściąga, dzwoni telefon, służby specjalne wskakują przez okno. Wtedy anulują matury i będą powtórki, w sierpniu czy kiedyś. Nie dość, że ciężko ze składaniem na studia, to jeszcze mnóstwo dodatkowego stresu.
- Podoba mi się koncepcja z służbami specjalnymi - Malwina podjadła trochę jogurtu, który miała na brodzie - Ale myślę, że to się rzadko zdarza. Zostały ci dwa tygodnie do maja. Powinieneś przestać się masakrować i poświęcić ten czas na relaks. Pojechać na długi weekend na Majorkę, pływać w akwenie z biczami wodnymi i pić zmrożone mojito...
Krzysiek chciał coś powiedzieć, ale kuzynka była myślami na tropikalnej plaży o zachodzie słońca i wzdychała rozmarzona. Odłożył podręcznik do szafki, a kubek do zmywarki, zmienił koszulkę i potwierdził SMSem sobotnie spotkanie z Eweliną. Po krótkim namyśle zdjął z półki Pędzące żółwie i wrócił do salonu.
- Grasz? - zapytał.
- Pewnie. Daj mi tylko zmyć maseczkę. Ale liczę na fory, nie chcę znowu przegrać trzy razy z rzędu.
- Nie rozumiesz aspektu psychologicznego żółwi. Za bardzo zdradzasz się mimiką. Musisz zachować kamienną twarz.
- Jesteś taki nieczuły. Jak mogę się nie martwić, gdy mój żółw jest ostatni?

Friday, 29 August 2014

Ludwik XIV

Krzysiek z westchnieniem zatrzasnął zeszyt, odjechał na obrotowym krześle (na zamówienie, żadna tam Ikea) z dala od biurka i wstał na całą wysokość swojego metra osiemdziesiąt pięć. Po czym zaczął podskakiwać w miejscu z jękiem.
- Aż takie trudne te zadania? - Malwina popatrzyła na niego z niepokojem - Co ty wyczyniasz?
- Noga mi zdrętwiała. Siedziałem w tej samej pozycji chyba ze dwie godziny - kuzyn masował sflaczałą kończynę. Zerknął na dziewczynę i uniósł brwi.
- Właściwie mógłbym zapytać cię o to samo. Czy to moje prześcieradło?
- Bardzo prawdopodobne, bo znalazłam je na twoim łóżku.
Malwina stała na środku pokoju, luźno owinięta białym prześcieradłem. Włosy odgarnęła do tyłu, a łydki wyeksponowała nieskazitelnymi podkolanówkami do tenisa. Spod warstw białej bawełny wystawał wściekle pomarańczowy, jednoczęściowy kostium kąpielowy z zeszłego sezonu.
- Zastanawiam się, jak powinien wyglądać duch Banka.
- Klasowe scenki z Makbeta? - przypomniał sobie Krzysiek.
- Mhm. Prześcieradło to trochę cliché jak na mój gust, ale to też najprostszy i najtańszy pomysł.
- Mów do mnie po polsku, błagam. Poza tym duchy chyba nie grają w tenisa. W każdym razie nie w tamtych czasach.
- Zgadzam się, że te podkolanówki to bardziej Ludwik XIV. Co poradzę? Banko nie może latać na bosaka. 
- Zwłaszcza z twoim pedicurem - Krzysiek obrzucił sceptycznym spojrzeniem fioletowy lakier na stopach kuzynki.
- Nie zmywam tego - zastrzegła Malwina - Nie jestem duchem, tylko Lady Makbet. Moja grupa się nie poczuwa, więc muszę myśleć o kostiumach za wszystkich. Swój strój już przygotowałam, waham się tylko w kwestii krwi.
- Krwi?
- Farba? Flamaster? Sok winogronowy? Keczup?
- Jeśli keczup, to nie kupuj takiego z dużą ilością octu, bo rąk później nie domyjesz - doradził kuzyn.
- Ślady zbrodni zostają na zawsze. Na pewno jest jakiś dobry cytat Paulo Coelho na tę okoliczność - mruknęła dziewczyna - By the way, doceń, że przypominam ci lektury, Siedzisz z nosem w matmie, a polski sam się nie zda.
- Zdzierając mi prześcieradło z łóżka na pewno nie przyczyniasz się do poprawy moich wyników. W każdym numerze Cogito przeczytasz, że maturzysta potrzebuje co najmniej ośmiu godzin snu w komfortowych warunkach - bronił się Krzysiek - No i większej ilości energii. Mogłabyś mnie wspomóc i upiec tę szarlotkę z cynamonem, którą robisz zawsze zimą.
Malwina chętnie zrzuciła przebranie ducha, wciągnęła dżinsy na strój kąpielowy i poszła kupić jabłka.

Sunday, 24 August 2014

pseudonim

- Jednak Żoliborz to moje ulubione miejsce w Warszawie. Dobrze, że metrem jest tak blisko - Malwina skończyła drugi kawałek ciasta marchewkowego i sprawdziła godzinę na komórce - Ale zaraz musimy się zmywać.
Krzysiek, silnie przyssany do zbioru zadań Pazdro, nawet nie podniósł wzroku.
- Hej, obudź się - kuzynka dźgnęła go łokciem. Chłopak, będący w trakcie rysowania idealnego trójkąta prostokątnego, prychnął z niezadowoleniem.
- Przyszliśmy niecałe pół godziny temu. Zostawiłaś włączone żelazko czy co?
Malwina, która nigdy nie prasowała swoich rzeczy, załapała aluzję i naburmuszyła się.
- Muszę być w domu o siedemnastej.
- Dlaczego? Umówiłaś się z kimś?
- Tak jakby.
- No dobra, to już się pakuję. Znam tego kogoś?
- Myślę, że wszyscy go znają - kuzynka przełknęła ślinę.
- Jak się nazywa?
- Dr. House.
- To jakiś pseudonim? Nie wiedziałem, że lubisz kolesi z biol-chemów.
- Okej, poddaję się. Dr. House. Powtórki. TVN Siedem.
- Nie lubię grać w kalambury. Czyli mamy biec do metra, żebyś zdążyła na serial?
- Odpuściłbyś sobie ten szyderczy ton.
- Malwina, do jasnej ciasnej, przecież wszystkie odcinki są w internecie.
- Wiem, wiem. Ale później leci Jak poznałem waszą matkę, a o dwudziestej na Polsacie jest ten nowy Spider-Man...
- Zanim przeniosłyście się do nas, nie miałaś nawet kablówki i byłaś z tego bardzo dumna.
- Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr.
- Pierwsze słowo do dziennika, drugie do śmietnika.
- Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.
- Baba z wozu, koniom lżej.
- Chyba nie o tym mieliśmy rozmawiać - opamiętała się dziewczyna - Powiem tylko, że to jest właśnie piękne w przeprowadzce do cywilizowanego, polskiego domu. Telewizja! Mogę wypełnić sobie dzień rozrywkami, o jakich mi się nie śniło. Już kupując gazetę telewizyjną dostaję dreszczy z emocji - Malwina zademonstrowała, jakich dostaje dreszczy.
- Że też moi rodzice nie protestują. Ja mogłem oglądać tylko w weekendy, w tygodniu ewentualnie wiadomości.
- Jesteś mało przekonujący. Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, co twoja matka robi w czwartki wieczorem.
- Co robi? - zapytał podejrzliwie Krzysiek.
- Obgryza ze mną paznokcie na Gotowych na wszystko.
- Moja rodzona matka? I nałóg telewizyjny? Ty potworze - popatrzył na Malwinę z podziwem. 

Sunday, 3 August 2014

obrazowe ilustracje

- Co to jest? - Krzysiek wyszedł z łazienki, trzymając dowód rzeczowy w dwóch palcach.
- Grzebiesz w moich rzeczach? - zezłościła się Malwina.
- Jeżeli okolice pralki w moim domu zaliczają się do twojego terytorium, to owszem.
- To jest tampon, kuzynie.
- Tampon? - chłopak zerknął na znalezisko, powstrzymując się od ciśnięcia obiektem przez okno - Lepiej dla mnie, żebym nie pytał, czy używany.
- Świeżutki jak szczypiorek na wiosnę - Malwina ukryła uśmiech za kubkiem z inką - Wyszłam z wanny i zapomniałam o nim, bo wpadł mi do głowy świetny pomysł na limeryk.
- Humaniści... - westchnął Krzysiek z miną znużonego starca.
- Czy ja cię powinnam uświadomić, co to jest miesiączka?
- Obejdzie się, z grubsza się orientuję. Moja matka ma już ostro po czterdziestce, jakiś czas temu chyba przestała używać tych akcesoriów.
- Ulżyło mi. Niestety oddałam już do biblioteki swój album "Abc dojrzewania", a tam były najbardziej obrazowe ilustracje.
- Od czego jest internet - zauważył kuzyn - A o czym ten limeryk?
- Dla twojego starszego na imieniny - Malwina wyprostowała plecy i zaczęła recytować:
Pewien pilny chirurg z Mokotowa
Operował tyle, że bolała go głowa.
Dlatego niech zapamięta, 
Że w dzień jego święta
Godzina relaksu jest obowiązkowa.
- Sympatyczny.
- Myślisz, że się spodoba?
- Mój ojciec oprócz "Litwo, ojczyzno moja" nie zna żadnej poezji, więc na pewno będzie w szoku. Skąd wiesz, że ma imieniny?
- Ustawiłam sobie przypomnienie w smartfonie - wyznała Malwina.
- Jestem chyba jedynym licealistą na świecie, który używa jeszcze tradycyjnego kalendarza.
- Uważaj, bo wylądujesz w muzeum.
- Nawet już się zgłosiłem.
- Co?
- Do Muzeum Powstania Warszawskiego, jako wolontariusz. Myślę, że zacznę najwcześniej w czerwcu, ale wolałem wcześniej wysłać im maila.
- Zgłupiałeś? Będziesz swoje najdłuższe w życiu, przedstudenckie wakacje spędzał oprowadzając niemieckich emerytów?
Krzysiek wzruszył ramionami.
- Mam ochotę zrobić coś dla ludzi. Poza tym słyszałem, że Open'er przestał być hipsterski, więc szukam nowego celu istnienia - udał, że poprawia bananową grzywkę.

*

(Nie wiem, czy to zasługa zdrowszego jedzenia, pocenia się na jodze czy motywacji do nauki angielskiego, ale rzygam dziś tęczą i z taką pozytywną otoczką dzielę się z Wami odcinkiem o tamponach. Miłej niedzieli!)

Wednesday, 30 July 2014

zapchany zlew

- Buuu!
- Cholera jasna, Malwina! Wiesz, że przedwczesne zawały w dziewięćdziesięciu pięciu procentach kończą się śmiercią?
- Z naszą niezawodną służbą zdrowia? Szczerze wątpię.
- Co ty tu robisz?
- Przyjechałam.
- Jeśli mamy rozmawiać w takim telegraficznym skrócie, to niczego się nie dowiem.
- Chcesz uzyskać informacje, to musisz się postarać. Sorry, o tej porze bywam mało kontaktowa.
- Dlatego właśnie mnie intryguje, z jakiej przyczyny o godzinie... - zerknął na wyświetlacz komórki - ... szóstej trzydzieści osiem zmaterializowałaś się na plaży we Władysławowie.
- Chciałam się poopalać - uśmiechnęła się niewinnie Malwina. Był początek lutego.
- Będziesz się droczyć, niech będzie. Zapytam inaczej. Skąd masz adres?
- Od twoich rodziców - dziewczyna potarła zmarznięty nos - Ciocia Basia ma teraz poważniejsze sprawy na głowie, nawet nie zauważyła, kiedy wyśpiewała mi namiary na twoją kwaterę.
- Jakie sprawy? - Krzysiek był zbyt zachwycony mroźnym porankiem na plaży, żeby się zdenerwować - Nie myśl, że wrócę do Warszawy przez rzekome problemy mojej rodzicielki.
- Rozczarowuje mnie twój brak zainteresowania, ale to niezła historia, więc opowiem anyway. Powodem światowych kryzysów jest, co za zaskoczenie, moja mamusia, która postanowiła podzielić się swoim kontem bankowym z narzeczonym (ten didżej z Płocka, pamiętasz?). Facet wyczyścił jej kartę, zdążył narobić sporych długów, po czym zniknął, prawdopodobnie za granicą. Przez ostatnich parę dni, które spędziłeś na romantycznych feriach z Eweliną, ta wariatka sprzedała nasze mieszkanie i przydreptała na kolanach pod drzwi swojej siostry. Teraz mieszkamy razem! - wykrzyknęła kuzynka z udawanym entuzjazmem.
Krzyśka, który spodziewał się problemów pokroju zapchanego zlewu w kuchni, zatkało.
- Przyznaję, że to usprawiedliwia twoją wizytę - przełknął ślinę - Moi rodzice oczywiście ani słówkiem nie pisnęli, pewnie uważają, że mają wszystko pod kontrolą. Tylko dlaczego nie iść z tym na policję? Po co od razu sprzedawać mieszkanie?
- Skoro dała zbirowi kartę z własnej inicjatywy... Zresztą moja matka prędzej będzie jadła brud z chodnika niż przyzna się policjantowi, że narzeczony ją wystawił. Forsa za mieszkanie poszła na spłacenie długów, a reszta leży już na nowym koncie.
- Może zabrzmię przesadnie optymistycznie, ale chyba przeżyjemy. Mamy duży dom, twoja matka ma pracę... Czy atmosfera jest taka nieznośna, że wyjechałaś?
- Bez jaj. Twoja idealna, chrześcijańska rodzinka nigdy nie robi awantur - Malwina nie mogła ukryć ironii - Chociaż za duże zamieszanie, za obco mi nie w swoim pokoju. Musiałam przerwać waszą nadmorską idyllę. Co zrobiłeś z Eweliną?
- Śpi. Wczoraj przebiegła dwanaście kilometrów po plaży. Kazała nie budzić się przed dziesiątą, chyba że będę chciał zrobić jej masaż łydek.
- Mogę zostać?
- Zostań - odpowiedział Krzysiek, trochę wbrew sobie - Mamy wolną kanapę. Ewelina się ucieszy.
- Jesteś kochany. I proszę, wyślij wiadomość do rodziny, że tu jestem. Mam focha na matkę i zmyśliłam wczoraj, że idę na imprezę - dziewczyna poprawiła błyszczącą spódnicę, którą miała pod puchówką.

*

(Odcinek zrodzony (dosłownie) w pocie czoła, mózg nie pracuje przy takiej duchocie. Pisząc zajadle w metrze przegapiłam swoją stację i prawie spóźniłam się na angielski - jak jeszcze zacznę wtykać ołówki we włosy poczuję się już stuprocentową artystką)

Saturday, 19 July 2014

bliźniaki syjamskie

- Nie rozmawiam z tobą.
- Dlaczego? - Krzysiek nie był w temacie.
- Dlaczego, jeszcze się pyta - prychnęła Malwina - Czy to nie ja byłam u ciebie na obiedzie w niedzielę? Przy zupie było strasznie drętwo, dlatego zapytałam, z kim idziesz na studniówkę...
- Zapytałaś, żeby się pośmiać, bo byłaś pewna, że z nikim - sprostował kuzyn, wyjmując z kieszeni gumę.
- Możliwe, to teraz nieistotne. Jakież było moje zdumienie, kiedy odpowiedziałeś, że z Eweliną!
- Skąd ten bulwers? Przecież sama nas zapoznałaś.
- A twoi rodzice zaczynają wtedy rozprawiać, jaka to miła dziewczynka, mądra, ładna, cud natury. Co za upokorzenie! Twoi starsi wiedzą, z kim się umawiasz, a ja nie mam pojęcia? Moja znajoma! Z mojej szkoły! Gadaliście raz może przez piętnaście minut i już tańczysz z nią poloneza?
- Wyglądam, jakbym z kimś tańczył? - uniósł brew Krzysiek i roześmiał się z własnego żartu.
- Błazen.
- Nie obrażaj mnie, tylko daj coś powiedzieć. Jak Ewelina była u ciebie przed świętami, wymieniliśmy się numerami telefonów. Spotkaliśmy się później kilka razy i tak wyszło, że mamy ochotę iść razem na studniówkę.
- "Mamy ochotę"? Nie występujesz już w liczbie pojedynczej? Bliźniaki syjamskie jesteście czy co? Rodzicom się będzie zwierzał!
- Brzmisz jakbyś była zazdrosna.
- Nie jestem zazdrosna - Malwina zrobiła minę jak po zjedzeniu spleśniałej kanapki.
- To o co chodzi? Ale bez kantowania. Ostatnio chodziłaś taka podminowana gdy okazało się, że twoja matka umawia się z dwudziestoczteroletnim trenerem personalnym. 
Dziewczyna poprawiła włosy i westchnęła.
- Pamiętasz mój bal gimnazjalny w zeszłym roku? Poszedłeś ze mną. Tak szczerze, to byłam przekonana, że zaprosisz mnie na swoją studniówkę.
- To była trochę inna sytuacja. Poprosiłaś mnie o przyjście, bo mówiłaś, że masz w klasie same łajzy - Krzyśkowi utkwiło w pamięci to określenie, bo nigdy wcześniej go nie słyszał.
- Taak... To nie była do końca prawda - Malwina zaczęła obgryzać paznokieć kciuka - Umówiłam się z takim jednym Danielkiem. Przystojne to i na dodatek jeździł na desce, co wtedy jeszcze było cool. Ale mnie wystawił. Dzień przed balem napisał mi na czacie, że szkolne imprezy są żałosne i woli iść na koncert z kumplami. Dlatego zadzwoniłam po ciebie.
- I to ja mam się teraz tłumaczyć, że coś przed tobą ukrywam?
- Babski honor uniemożliwia opowiadanie o swoich damsko-męskich failach. Nic na to nie poradzę - usprawiedliwiła się kuzynka. 
- Jeśli tak bardzo zależy ci na tej studniówce, mogę spróbować załatwić ci jakiegoś kolegę do pary. W końcu mam w klasie dwudziestu dwóch facetów i tylko dziewięć dziewczyn. Nie powinno być problemu.
- Człowieku - Malwina popatrzyła na niego z politowaniem - Jesteś w mat-fizie. Nie ma opcji, żebyś miał jakichś przystojnych kolegów.
- Nie mów, że układanie kostki Rubika na czas ci nie imponuje.

*

(Wcześniej chciałam inaczej rozegrać ten odcinek, ale jestem całkiem zadowolona z przebiegu sprawy. Mam tylko wątpliwości, czy zostać przy dialogach tylko między Malwiną i Krzyśkiem, czy wpleść bohaterów drugoplanowych od czasu do czasu)

read me