Showing posts with label lifestyle. Show all posts
Showing posts with label lifestyle. Show all posts

Friday, 21 October 2016

wybór pierwszego własnego lokum - subiektywny przewodnik studencki

Kiedy już ostatecznie złożyłam papiery na uczelnię, mój kierunek i dalsze kształcenie momentalnie przestały mieć znaczenie. Najważniejszą, śniącą się po nocach rzeczą stało się wybranie pierwszego własnego mieszkania. Buszując po internecie, a niedługo później robiąc obchód po Gdańsku, musiałam zweryfikować swoje wyobrażenia o cenach, powierzchniach pokoi i bezpiecznych okolicach (o tym trochę było już tutaj). Niezależnie od tego, jak wysoko jest Wasza poprzeczka, każdy student ma kilka opcji do wyboru i o tychże będzie dzisiejszy wpis.

1) Kawalerka/małe mieszkanko. Moje marzenie, gdy jeszcze sądziłam, że za tysiąc złotych znajdzie się jakaś urocza klitka w dobrej lokalizacji. Plusy chyba oczywiste - wszystko urządzone po swojemu, cisza, spokój, lodówka pełna tofu i utrzymana laboratoryjna czystość. Minusy widzę dwa. Cena - w Gdańsku najtańsze maleństwa znalazłam za 1,5 tysiąca miesięcznie (z opłatami), na luzie wynajmie się za 1,6 - 1,8 tysiąca. Bogaci rodzice albo weekendowa praca w kopalni - Twój wybór. Druga rzecz to strach. Dla osób, które do tej pory mieszkały z rodzicami, mają dużo rodzeństwa albo znajomych, dudniąca w uszach cisza, samotność czy konieczność rozwiązywania problemów samemu może być przytłaczająca, a o chorobach czy kradzieży lepiej nie myśleć.

2) Stancja. Dla osób, które chcą się poczuć bardziej zaopiekowane opcją jest wynajmowanie pokoju w mieszkaniu z właścicielem. Takie oferty często proponują starsi ludzie, którzy potrzebują dorobić trochę do emerytury, a przy tym brakuje im towarzystwa. W tej kategorii zdarzają się tanie pokoje, a właściciele nierzadko lubią sami dbać o porządek. Ja szybko wykluczyłam taką opcję, bo wyprowadzanie się od rodziny, żeby być "pod okiem" obcej osoby nie wydawało mi się kuszące.


3) Akademik. Zwykle najtańsza możliwość, ale według mnie raczej dla osób otwartych, wyluzowanych, elastycznych i lubiących ludzi (ja średnio pasuję do tego opisu). Dzielenie niedużego pokoju z dwoma czy trzema osobami, a łazienki i kuchni z całym piętrem może szybko stać się uciążliwe. Każdy ma swoje przyzwyczajenia i do wielu rzeczy trzeba się dostosować. Z plusów oprócz ceny - lokalizacja bardzo blisko uczelni i możliwość poznania mnóstwa nowych ludzi, także z innych kierunków i starszych roczników. Z tego, co słyszałam, sporo studentów korzysta też z ekstremalnie taniej stołówki.

4) Mieszkanie na spółkę. Zdarza się, że trafimy na tą samą uczelnię z bliskim znajomym albo drugą połówką i chcemy razem wynająć kawalerkę albo kilkupokojowe mieszkanko. Cenowo wychodzi do przeżycia, a w pakiecie wpada poczucie bezpieczeństwa. Największe ryzyko tej opcji - po kilku tygodniach wspólnego życia najlepszy przyjaciel czasem okazuje się największym wrogiem, a uroczy narzeczony chyba jednak za rzadko myje nogi. Jest to na tyle znany motyw, że dziewczyny pilnie szukające współlokatora do mieszkania są gaszone komentarzami "Co, chłopak rzucił?". W razie konfliktu odpowiedzialność finansowa za mieszkanie może spaść na Ciebie (tym bardziej, jeśli jesteś z tych bardziej odpowiedzialnych).

5) Pokój w mieszkaniu wieloosobowym. Zwane potocznie akademikiem, jest to zwykle duże, odremontowane mieszkanie typu ikea z 5-10 pokojami, wspólną kuchnią i dwiema łazienkami. Wynajmująca agencja za 10m2 luksusu życzy sobie przeciętnie 700 - 900 złotych (w tym opłaty i internet). Podobnie jak w akademiku można poznać nowych ludzi, również z innych uczelni, pracujących, uczących się albo turystów. Zależnie od charakterów współlokatorów problemem może być bałagan, brak miejsca we wspólnej szafie czy lodówce, korki do łazienki albo organizowanie domówek z głośnymi znajomymi. Jednak każdy raczej funkcjonuje w innym trybie i rzadko wchodzi pozostałym w drogę.

Jak widać wybór jest spory. Jeśli jesteś osobą ciekawą świata i lubiącą zmiany, warto co roku testować inną opcję, aż znajdziesz coś idealnego dla siebie.

Sunday, 21 August 2016

mam do wynajęcia - język ogłoszeń odszyfrowany!

Szukasz mieszkania/pokoju do wynajęcia? Spędzasz długie godziny na przeglądaniu ogłoszeń? Po wizycie w Gdańsku, a wcześniej przesiedzeniu większości sierpnia na stronach z nieruchomościami, ułatwię Ci zadanie i wyjaśnię kilka pojęć często używanych w ofertach. Powodzenia!

mała, ale ustawna kawalerka = bokiem da się wepchnąć materac

niskie opłaty = trzeba palić w piecu węglem

dobrze skomunikowane = właściciel jest gadatliwy 

z widokiem na morze = jak wejdziesz na Google Maps

cicha okolica = obok cmentarza

raczej dla panów = raczej bez bieżącej wody

idealne dla studentów = za zniszczenia i tak potrącamy z kaucji

szukamy dziewczyn = nie ma kto sprzątać toalet

10 min do dworca = jeśli biegniesz tempem Usiana Bolta

bez właściciela = hoduj pod łóżkiem co chcesz

Saturday, 11 June 2016

co robić w Warszawie latem i nie tylko (za darmo)

Jako tegoroczna maturzystka mam od prawie miesiąca wakacje (najdłuższe w życiu, jak lubią podkreślać osoby, które ten okres mają już za sobą). Naprawdę nie spodziewałam się, że można mieć tyle wolnego czasu, to jest naprawdę straszne. Wolę płakać, że nie wyrabiam się z oddychaniem, niż usiłować wymyślić, co robić każdego dnia, żeby nie zlać się z kanapą (almost there). Wiele internetowych nadludzi zdąża rano przed pracą opracować plan podbicia świata, ale ja jestem leniem i jak nie mam nad sobą bata, to ograniczam czynności życiowe do minimum. Żeby nie zwariować w domu i dać odpocząć zmęczonemu serialami laptopowi opracowałam awaryjną listę rzeczy, które można robić w Warszawie, będąc na śmierć znudzonym i w dodatku bez niczego w portfelu. Tak, w dzisiejszym wpisie są tylko bezpłatne rozrywki (mam też drugi spis atrakcji niezbyt drogich, być może pojawi się za jakiś czas na blogu).

MUZEA - wiele muzeów ma jeden dzień w tygodniu, kiedy wstęp jest za darmo; małe, niszowe galerie na ogół są bezpłatne cały tydzień, ale często trudniej do nich trafić.
- Zachęta - czwartki od 12 do 20, teraz ciekawa wystawa Podróżnicy z pracami europejskich artystów + w tych samych godzinach przez cały tydzień wstęp wolny do miejsca projektów Zachęty na Gałczyńskiego 3
- CSW - czwartki od 12 do 21, zwiedzanie można połączyć ze spacerem w pobliskich Łazienkach lub zrobić piknik przed samym muzeum
- Muzeum Etnograficzne - soboty od 10 do 18, obecnie czasowe wystawy o futbolu, sztuce żydowskiej i Kurpiach
- Muzeum Narodowe - wtorki od 10 do 18 (tylko wystawy stałe), ja najbardziej lubię galerię sztuki XX i XXI wieku, no i mój ulubiony obraz Kuropatwy, o którym już kiedyś pisałam

KINO pod chmurką - pokazy filmowe w plenerze są organizowane latem w różnych dzielnicach Warszawy, podlinkowałam Żoliborz, pierwszy film 21.06, kolejne w każdy wtorek.

KONCERTY - zaskoczyła mnie informacja, że bezpłatne koncerty w czerwcu organizuje H&M. W piątki i soboty na Miodowej 6 (Pałac Branickich) o 19 zaczynają artyści, a o 22 rusza afterparty. Do końca miesiąca można wpaść jeszcze m.in. na Dawida Podsiadło, O.S.T.R., xxanaxx czy Julię Marcell.

SPORT - szał na trenowanie jak największej ilości wymyślnych dyscyplin trwa i tutaj jest w czym wybierać.
- Nightskating - jazda na rolkach nocą po ulicach Warszawy - muzyka z głośników, tłumy ludzi, dobra okazja na pogadanie ze znajomymi lub poznanie nowych ludzi. Starty co dwa-trzy tygodnie o 21 spod pomnika Kopernika na Krakowskim Przedmieściu. Warto mieć ochraniacze i umieć hamować ;).
- Masa Krytyczna - jeśli w piątek wieczorem nie możesz przejechać przez zakorkowane ulice, to pewnie Masa Krytyczna! Przejazdy rowerowe, na których można zamanifestować niedobór ścieżek rowerowych i przy okazji wykształtować ładne łydki. Najbliższy termin to 24 czerwca, start o 18 (Plac Zamkowy).
- Międzynarodowy Dzień Jogi - druga edycja imprezy potrwa od 19 do 21 czerwca. W niedzielę od rana atrakcje na Polu Mokotowskim - darmowe ćwiczenia, wykłady, pokazy i koncert, a w poniedziałek otwarte zajęcia w wielu szkołach jogi.
- Bloco - jeśli lubisz góry, a nie masz okazji wyrwać się z miasta i połazić, możesz spróbować bulderowni. Jest to niezbyt wysoka ściana wspinaczkowa, na którą wchodzi się bez uprzęży. Darmowe zajęcia wprowadzające co niedzielę o 12 na Jana Kazimierza 46/54 (przy okazji odlotowe, industrialne miejsce).
- Nike+ Run Club - kilka razy w tygodniu w różnych lokalizacjach odbywają się specjalistyczne treningi biegowe - wystarczy się zarejestrować na wybraną aktywność (interwały, szybkość, spokojne wybieganie). Trenerzy zapewniają rozgrzewkę i rozciąganie, a dodatkowo można wypróbować buty Nike.

To tylko garść propozycji, które znalazłam kierując się swoimi zainteresowaniami. Do tej pory byłam tylko w Zachęcie i na Nightskatingu, ale myślę, że wybiorę się jeszcze do co najmniej dwóch muzeów i może na jakieś bieganie. Jeśli wpadło Wam w oko coś ciekawego do roboty, będę wdzięczna za linki. Tymczasem biorę się za planowanie nadchodzących wyjazdów i odczarowywanie zapowiadanych burz.

Friday, 29 April 2016

tuż przed maturą - refleksje, w których staram się nie pluć na polski system edukacji

Za kilka dni zaczynają się matury (określenie "za kilka dni" nawet mnie nie stresuje, bo to już i tak za mało czasu, żeby się dużo nauczyć - najgorzej było usłyszeć na wyjeździe do Gdańska "za tydzień zaczynają się matury", bo to zepsuło cały relaks). Wszyscy moi starsi znajomi raczej nie będą zbyt podekscytowani tym faktem, byłam już raczona pocieszeniami typu "Pierwsza sesja jest tysiąc razy gorsza od matur", ale postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami i tym, co bym zmieniła, gdybym ogarnęła w porę, jak działa państwowe liceum.
Jestem osobą uczącą się regularnie od czwartej klasy podstawówki, ale obdarzoną znikomą pamięcią, zwłaszcza długotrwałą. Dlatego lubię mieć często sprawdziany, żeby na bieżąco mieć nad sobą bata i przerabiać małe partie materiału na raz. W związku z tym forma matury (informacje z całego życia na raz w ciągu trzech godzin, w wielu przypadkach formułki wykute całymi zdaniami z książki) niezbyt mi odpowiada. No ale do początku tego roku szkolnego uczyłam się tak jak do tej pory, czyli żeby mieć dobre oceny i umieć materiał z podręcznika. I guzik mi to dało. Co polecam zamiast tego?

1) Jak najszybciej ustalić priorytety. Krótko mówiąc, idąc do liceum od razu wybrać sobie uczelnię i sprawdzić zasady rekrutacji. Zaznaczyć na czerwono w planie lekcji przedmioty, z których trzeba wypaść dobrze na maturze i uczyć się ich porządnie od pierwszego września, a resztę olać (z dzisiejszej perspektywy staranie się o piątkę z francuskiego czy historii, których nie zdaję, wydaje mi się totalną stratą czasu).

2) Nie kupować podręczników. Z biologii i chemii uczenie się w inny sposób niż na podstawie zbiorów zadań i arkuszy z poprzednich lat daje znikome efekty. Połowa podręcznika to rzeczy, o które nigdy nie zapytają albo ogólne teksty typu zapchajdziura. Z drugiej strony książki specjalistyczne bywają zbyt szczegółowe, przez co można sobie namieszać ciekawostkami i wyjątkami od reguły. Optymalna opcja dla mnie - jak najwięcej zadań, a jak nie wychodzi, przepisywanie odpowiedzi z klucza do zeszytu i powtarzanie na podstawie takich notatek. Naprawdę dużo schematów się powtarza, zwłaszcza doświadczenia z chemii, które są praktycznie co roku (mangany, chromy i miedź </3).

3) Wykorzystywać na maksa skoki energetyczne. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale potrafię jednego dnia uczyć się trzy-cztery godziny i być świeża jak skowronek, a innego położę się na kanapie z zeszytem i leżę tak cały dzień śpiewając w głowie "Don't blame it on me". Zamiast z tym walczyć, próbuję zrobić jak najwięcej w "dobry" dzień, a w "zły" pouczyć się pół godziny albo w ogóle sobie odpuścić. Bardzo lubię też czytać coś w metrze (najczęściej jadąc na jogę) - czas i tak mija, a w miesiącu co najmniej jedna lektura tak wpadnie.

4) Robić tylko robiąc, a zamiast gadania odpoczywać. Ile się gada o nauce, a ile naprawdę uczy? No właśnie. Samo myślenie o maturze męczy i stresuje. Rozmawianie i przeżywanie nie wlicza się do przygotowań, a większość osób (w tym nauczycieli) tak to traktuje. Zamiast bujać się w pozycji embrionalnej i uważać, że tak trzeba, lepiej pójść na spacer do Biedronki po czekoladę z masłem orzechowym (reklama niesponsorowana) i obejrzeć odcinek dobrego serialu albo pograć w scrabble (moje wieczorne uzależnienie).

To kilka takich luźnych pomysłów, które przyszły mi ostatnio do głowy. Teraz za wiele mi to nie pomoże, ale postaram się stosować do tych metod także na studiach (jeśli się na nie dostanę, he he). Wszystkim maturzystom życzę powodzenia, a sama oprócz jednej wizyty w bibliotece planuję już głównie relaks, śpiewanie mantr i ulubione prace domowe (mycie naczyń i pranie).

Sunday, 22 November 2015

Pół roku do matury - 3 nieoczekiwane problemy licealistki

Zgodnie z moimi przewidywaniami, od początku września (jeśli nie wcześniej) głównym komunikatem wysyłanym przez mój mózg (obok "spać!" i "jeść!") oraz otoczenie jest "matura!". Chociaż czuję się dość zadowolona z tego, że poziom znerwicowania trzymam w granicach normy, to na przestrzeni tych kilku miesięcy zaczęłam zauważać utrudniające życie rzeczy, których się nie spodziewałam. Oto one:

1) Przesyt informacyjny. Większość ludzi, nie tylko w wieku licealnym, skarży się na notoryczny brak czasu. Dla mnie problemem jest coś innego. Po powrocie ze szkoły czuje się tak wypchana różnymi treściami, że na widok podręczników i zadań powtórzeniowych dostaję choroby lokomocyjnej. Nie jestem w stanie nawet przeczytać dla przyjemności kryminału, bo literki źle mi się kojarzą. Mega frustrujące - mieć czas, ale nie móc go (produktywnie) wykorzystać.

2) Kompletna abstrakcyjność dalszego życia. Mam wrażenie, że przyszły rok to największa dotychczasowa niewiadoma. Nawet, jeśli jakoś wybrałam sobie kierunek studiów i uczelnię, na którą mam szansę się dostać, to pozostaje jeszcze milion znaków zapytania. Jakie się trafią pytania na maturze, jakie będą progi, w jakim mieście wyląduję, gdzie będę mieszkać, jak się ogarnę z gotowaniem, czy nie ma potworów pod łóżkiem itd. Dla mnie, jako osoby, która już planuje, czy w kawalerce będzie mieć różową czy niebieską szczoteczkę do zębów, strawienie tylu niewiadomych jest trudne.

3) Rozbudowana siatka zajęć zastępczych. Ciągle chowam się po kątach ze strachu, że ktoś zapyta mnie "Czemu się nie uczysz?". Dlatego wynajduję mało wymagające czynności, którymi mogę wypełniać dzień, gdy nie mogę dłużej siedzieć nad książkami. Także od niedawna jestem fanką Scrabbli, serialu Breaking Bad, robienia sobie maseczek, uczenia się ulubionych piosenek na pamięć i wiszenia na drążku w korytarzu. 

Mam nadzieję, że powyższe fakty nie spowodują, że mój procentowy wynik z matur będzie liczbą przypominającą temperaturę powietrza w listopadzie. Póki co jeszcze myślę stosunkowo pozytywnie. Gdybyście za mną tęsknili, trochę mniej niż bloga zaniedbuję niedawno powstałego instagrama.

Sunday, 2 August 2015

Wyznania kelnerki - 7 (nietypowych) rzeczy, których nauczyłam się pracując w lipcu

Kto z moich znajomych/rodziny tu zagląda, ten wie już pewnie z facebooka tudzież z moich opowieści, że od drugiej połowy czerwca zaciągnęłam się do pracy jako kelnerka (a właściwie osoba do wszystkiego) w wegańskiej knajpce. Za wcześnie jeszcze na podsumowania, bo przez kolejne trzy tygodnie zbiorę ciut więcej doświadczeń, ale na półmetku pozwolę sobie na wpis z siedmioma bardziej niestandardowymi naukami, które wyniosłam do tej pory.


1) Niekoniecznie umiem to, co mi się wydaje. To ubodło mnie głównie na dwóch płaszczyznach - sprzątanie i liczenie. Ja, Perfekcyjna Panie Domu, pierwszy raz miałam w ręku mopa i nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. W domu używam odkurzacza i szmaty do podłogi, teraz dostałam do dyspozycji mokre frędzle, a do pomocy szufelkę, z której zwiewa wszystkie śmieci. Druga sprawa - osoba z wynikami z matematyki powyżej przeciętnej, miewa problemy z wydaniem reszty z pięćdziesięciu złotych czy wieczornym podliczeniem kasy (po dwudziestej pierwszej mózg mam na trybie czuwania). Pod wpływem stresu, zmęczenia czy pośpiechu najprostsze rachunki stają się maturą rozszerzoną.

2) Sok marchewkowy uprzykrza życie. Oczywiście robienie soków w porównaniu z myciem sokowirówki to cudowna rozkosz. Marchewka jest tu wyjątkiem. Klienci wyjątkowo lubują się w sokach z tego jednego warzywa. Po kupieniu, umyciu i pokrojeniu kilograma marchewek okazuje się, że wychodzi z nich jakieś 300 mililitrów soku (jeśli są soczyste). Nawet przyniesienie wszystkich dostępnych sztuk z pobliskiego sklepu nie gwarantuje, że w kluczowym momencie wyciskania okaże się ich za mało i trzeba będzie błagać klienta o możliwość dodania jabłka lub gruszki do jego pomarańczowego nektaru.

3) Ludzie myślą, że hoduję króliki. Coś, co kupuję każdego dnia to sałaty. Cztery, czasem osiem dziennie. Chodzenie po okolicy z siatami wypełnionymi zieleniną często prowokuje komentarze. "Tak z ciekawości, co Pani robi z tymi sałatami?", "Tylko króliczka brakuje" itp.

4) Niektórzy przychodzą z nietypowymi prośbami. Osoby, które wchodzą do lokalu w innych celach niż zamówienie jedzenia to standard. Po co? Skorzystać z toalety (!), zapytać o drogę, rozmienić pieniądze, rozwiesić plakat, sprzedać nam noże albo pożyczyć marker (którego nie mamy).

5) Zawsze jest coś do zrobienia, ale nie zawsze się chce. Wydawałoby się, że w małym lokalu z niekosmiczną liczbą klientów nie ma co robić. Trochę prawda, trochę nie. Zawsze można coś dokupić, bo się kończy, umyć drzwi albo pójść odebrać zaległe faktury. Ale kiedy po kilku godzinach obsługiwania ludzi ma się możliwość usiąść i poczytać książkę, zwykle się z niej korzysta.

6) Napiwki znikają najszybciej. Kelnerka ma przywilej zgarniania do portfela napiwków. I te napiwki faktycznie dość często się zdarzają, mimo niezbyt wysokich cen jedzenia (zawsze myślałam, że w tańszych lokalach to nie występuje). Tylko zaraz po wyjściu z pracy te napiwki przepadają. O, mam drobne, kupię wodę/bób/gazetę/papier toaletowy. O, drobne się skończyły. Tyle z oszczędzania.

7) Biceps robi się sam. Mimo dużej dawki siedzenia, formy w pracy kelnerka nie straci. Mieszanie w wielkim garze z podgrzewającym się seitanem czy przynoszenie ośmiokilowych arbuzów z samochodu to rozgrzewka. Najlepsza siłownia to duży worek ze śmieciami. Podnoszenie (martwy ciąg), targanie w stronę śmietnika (spacer farmera) i w końcu zamach z podrzutem śmieci do kontenera (swing jednorącz lub oburącz). Masa mięśniowa bez karnetu zapewniona.
Przeglądając te punkty mam wrażenie, że przedstawiam się jako udręczonego pracownika, ale w rzeczywistości bardzo polubiłam te nowe elementy mojej wakacyjnej codzienności. Praca w gastronomii bywa solidnie inspirująca. 

Thursday, 2 April 2015

życiowy update

Ćwiartka nowego roku przeleciała jak jeden dzień, nie było czasu na pisanie pamiętnika, a trochę solidnych wspomnień już się nazbierało. Co robię, jak mnie nie ma na blogu?

oglądam się w kinie
Na początku marca na polskich ekranach pojawił się film Body/Ciało Szumowskiej, w którym (sporym przypadkiem) się znalazłam. Pacjentka szpitala psychiatrycznego robiąca w tle smętne miny - idealnie się odnalazłam w tej roli. Plus mina mojej mamy, kiedy zabrałam ją na premierę i siedziała obok Gosi Baczyńskiej - bezcenna.

jeżdżę do Wrocławia do "jogowej rodzinki"
Póki mieszkam z rodzicami, postanowiłam ciut nadwyrężyć ich portfele i po kilku tygodniach wahań emocjonalnych zdecydowałam się na kurs nauczycielski z Basią Lipską w Akademii Ruchu. Obecnie jestem w połowie, w przyszły weekend wyjeżdżam na cały tydzień liczenia vinyas i innych atrakcji. Sam kurs to nie tylko ustawianie się w pozycjach, ale też anatomia, filozofia, ćwiczenia oddechowe, ajurweda... Dużo informacji do wchłonięcia. Także może za jakiś czas zaproszę Was do siebie na zajęcia ;).
stoję w kolejce w urzędzie po dowód
W niedzielę stuknęła mi osiemnastka. Nie będę się silić na jakieś głębokie przemyślenia z tej okazji. Nie dostałam żadnego ataku samodzielności, za to wychodzi mi pierwsza ósemka, więc może powoli robię się mądrzejsza. Urodzinowy weekend spędziłam poza domem - joga, zakupy w Factory i spotkanie dla znajomych w Mysie, na którym miałam okazję pogadać z dawno niewidzianymi osobami. A zdjęcie do dowodu mam paskudne, także będę się miała czego wstydzić przez kolejne dziesięć lat.

ciut gotuję i czyszczę kartę płatniczą w knajpach
W tygodniu nadal ratuję się kupnym hummusem i garściami daktyli (dzięki za dostawę, Marta :), ale dzisiaj zrobiłam bardzo dobrą, szybką pizzę (spód z półki bezglutenowej z Piotra i Pawła, sos pomidorowy z czerwoną soczewicą, śmietanką owsianą i ostrymi przyprawami, szpinak, czarne oliwki, płatki drożdżowe). Kończę też słoiki z zimowymi przetworami, wlewając do nich owsianki i kasze. Ze stosunkowo nowych miejsc w centrum polecam Jamniczka (zwłaszcza sezonowego Stanisława) i Mango Vegan Street Food.






















pracuję nad tężyzną fizyczną i umysłową
Ćwiczenia i czytanie to dwie rzeczy, na które ciężko mi znaleźć czas, kiedy chodzę do szkoły. Chociaż lektury w tym roku mam niezłe - w tym momencie na tapecie Chłopi, w których nawet da się wciągnąć. Mam nadzieję, że przez najbliższe dni dam radę chociaż przejrzeć nowe nabytki z biblioteki, których zdjęcie poniżej. Jeśli chodzi o treningi, to jako tako udaje mi się zmotywować, chociaż pogoda wpycha pod kołdrę. Zadomowiłam się w szkolnej siłowni, mimo stuprocentowo męskiego składu ;). Przekonuję się, że przy porządniejszych ćwiczeniach ciało fajnie się kształtuje nawet bez "czystej miski". Na wiosnę chciałabym częściej biegać, dalej pracować nad karandavasaną (mam od niej permanentne siniaki jak po ulicznych bójkach) i może spróbować czegoś nowego (ścianka wspinaczkowa?).
Teraz  święta zamierzam więcej powylegiwać się w łóżku, trochę pointegrować z rodziną i oglądać kolejne odcinki Jak poznałem waszą matkę (niedawno zaczęłam, bo Elementary już doprowadzało mnie do szału). Wiecie, czy coś ciekawego dzieje się w Warszawie? Co fajnego robicie?

Monday, 5 January 2015

dlaczego marzenia nie zawsze się spełniają? - postanowienie noworoczne od stóp do głów

Nie jestem ani wielką fanką, ani przeciwniczką robienia długiej jak rolka papieru toaletowego listy zmian, które chcemy wprowadzić od pierwszego stycznia. Bardziej interesuje mnie, dlaczego po-sylwestrowy skok motywacji często nie starcza na spełnienie nawet jednego postanowienia. Weźmy klasyczny przykład: Nie będę jadła słodyczy. Proste zdanie, które ma w głowie niejedna pani przejedzona po świętach. Patrząc na takie postanowienie wydaje się, że jego realizacja jest prosta: przestać kupować i szamać słodkie, może docelowo osiągnąć jeszcze superzgrabną figurę.

Czy to naprawdę tyle? Zaczynając walkę ze słodyczami weź pod uwagę:

1) co zjesz zamiast - poszukaj w supermarketach ciastek słodzonych stewią, syropem z agawy albo ksylitolem (ten ostatni podobno ma dobry wpływ na zęby). Wybieraj słodycze, które mają jakiś wartościowy składnik - orzechy, płatki owsiane, sezam. Przestawiaj się stopniowo na czekoladę z coraz wyższą zawartością kakao. Spróbuj lukrecji zamiast cukierków. Kiedy przyzwyczaisz się do "eko" słodkości, możesz zacząć zaspokajać chętki na deser świeżymi i suszonymi owocami. Moimi faworytami są tureckie daktyle. Nawet jeśli nie obetniesz kalorii (za tabliczkę czekolady dostaniesz około 200g daktyli), to dostarczysz sobie dużo więcej witamin i minerałów.


2) ciężkie chwile w sklepach - stoisz przy kasie z koszykiem pełnym warzyw, kolejka jest długa, a ktoś złośliwie ustawił Marsy tuż pod Twoim nosem. Jak tu się nie skusić? Zanim sięgniesz, weź głęboki oddech. Noś w torebce drobne przekąski i podjadaj je, gdy osaczą Cię batony. Nie chodź po zakupy głodna, bo będziesz bardziej łasa na cukier.

3) zajęcia zastępcze - pomyśl, w jakich sytuacjach sięgasz po słodycze. Zmęczenie, ciężki dzień w pracy, kłótnia z przyjaciółką, nuda? Jeżeli nie jest to prawdziwy głód, nie karm emocji cukrem. Obejrzyj odcinek ulubionego serialu, weź psa na spacer albo zwierz się chłopakowi. Przy długotrwałych problemach bardziej sprawdzi się pisanie pamiętnika, prośba o pomoc czy wizyta u psychologa, nie kolejny kubełek lodów.

4) reakcje w różnych sytuacjach - Wigilia w pracy, obiad u mamy, urodziny, wyjście do miasta, wypieki koleżanki... Skoro chcesz pozostać niewzruszona zaplanuj, co odpowiesz, gdy spotka Cię jeden z powyższych scenariuszy.

5) motywacja - właściwie dlaczego nie chcesz jeść słodyczy? Masz nadwagę, problemy z cerą, a może po prostu naśladujesz postanowienia znajomych? Czujesz się uzależniona czy masz ochotę na ciasto tylko od czasu do czasu? Analizując sprawę, możesz utwierdzić się w swoim postanowieniu albo wręcz przeciwnie - uznać, że słodycze nie są Twoim problemem i marzysz o czymś zupełnie innym.

Jak widać na tym przykładzie, warto poświęcić swojemu postanowieniu więcej niż jedną linijkę w zeszycie. Zastanowić się, wyobrazić sobie różne sytuacje, zmotywować się odpowiednimi hasłami, wpisywać nowe cele do kalendarza i na listę zakupów. Chyba, że po drodze odkryliśmy inne sprawy, którymi wolimy się zająć.

Wednesday, 31 December 2014

o tegorocznej łuszczycy i niekoniecznie postanowieniach noworocznych, bo nie zdążyłam ich zrobić

Sąsiedzi nie testują jeszcze fajerwerków, więc póki co nie czuję imprezowej atmosfery, a nadejście nowego roku pewnie standardowo prześpię. Jednak wzruszenie lekkie mnie dopadło, kiedy zdałam sobie sprawę, że to 2014 był dla mnie cholernie dobry. Nazwałabym go rokiem permanentnej łuszczycy, bo złaziły ze mnie rzeczy, które nagromadziły się przez poprzednie lata, depresyjne gimnazjum i ciężkawy początek liceum. I okazało się, że coś nowego jest pod spodem i mogę nawet taką nową siebie polubić. Ten rok, moje ostatnie "dziecięce" dwanaście miesięcy, spontanicznie został czasem zmian, aktywności, próbowania nowych rzeczy i trochę odpychaniem strachów w kąt.

Najważniejsze dla mnie rzeczy, które się zdarzyły (albo raczej które ja sama zdarzyłam) to:
1) zdanie CAE na zadowalający mnie wynik, poprzedzone wakacyjnym kursem w British Council
2) przebiegnięcie pierwszego półmaratonu oraz wzięcie udziału w biegu wegańskim na dychę miesiąc później
3) przybranie na wadze niecałych dziesięciu kilo, dzięki czemu zamieniłam się z kościotrupa w szczuplasa w notorycznej ciąży gastronomicznej i z tyłkiem instruktorki Pilatesa (a to wszystko na ciężarówkach roślinnej szamy, ćwicząc dodatkowo na siłowni i konsultując się z Damianem)
4) opublikowanie kilku opowiadań w gazecie Cogito
5) zwiedzanie nieznanych mi polskich miast lub odkrywanie na nowo tych, w których już kiedyś byłam (obszerne relacje były z wakacji, ferii i Wielkanocy)
6) branie udziału w różnych wydarzeniach w Warszawie - byłam na przykład na konwencie science fiction na Politechnice, koncercie Natalii Przybysz, urodzinach sklepu Nenukko, różnych targach i w wielu nowych knajpach
7) znajdowanie czasu na robienie rzeczy, które lubię - jogę, czytanie książek i gazet, oglądanie filmów, chodzenie po mieście, pisanie

Żeby nie było za różowo, teraz dla równowagi mniej fajne sprawy, nad którymi postaram się odrobinę popracować w 2015:
1) złe nawyki - garbienie się, obgryzanie paznokci, drapanie pryszczy itp.
2) za dużo czasu spędzonego przy kompie na robieniu... niczego?
3) miałam regularnie medytować, a przez cały rok zrobiłam to chyba 4 (słownie: cztery) razy (ale dostałam pod choinkę specjalną poduszkę, więc teraz nie ma bata, chociaż dziesięć minut dwa razy w tygodniu)
4) chaotyczne jedzenie i treningi, może uda się to jakoś ogarnąć (posiłki typu wafle ryżowe z koncentratem pomidorowym albo popijanie gołąbków kakao nie są godne polecenia, serio, podobnie jak odpuszczanie sobie na treningach albo niechęć do wyjścia na spacer, bo za zimno)
5) za mało się uczę, jeśli chodzi o przygotowanie do matury to póki co nawet nie ruszyłam z bloku startowego, przydałoby się też czytać więcej mądrych książek (gazetka Twoje mięśnie wydana przez Men's Health się nie wlicza, jak smutno)
6) nie dbam o siebie - wkładam na grzbiet co popadnie, zdarza się, że każdy włos mam w inną stronę, a manikiurzystka na mój widok dostałaby zapaści
7) po półmaratonie przestałam biegać, a to był fajny sposób na stres, więc może od wiosny znowu wystartuję z truchtaniem od czasu do czasu


Plusów i minusów okazało się po równo, więc jak dla mnie, osoby, której szklanka jest zawsze do połowy pusta, to jakiś sukces. Chcę, żeby styczeń był miesiącem eksperymentów - jedzeniowych, treningowych, naukowych i innych. Życzę sobie (i Wam) realizacji wszystkich ekscentrycznych planów, jakie wpadną do głowy (coś czuję, że niedługo siądę na poważnie do noworocznych postanowień i wyjdzie mi z tego Ali Baba i 40 rozbójników).

Friday, 19 December 2014

Duży błąd Lewandowskiej (felieton z życia szkoły)





Anna Lewandowska, inni celebryci i stada przyklaskujących im dziennikarzy reklamują akcję Stop zwolnieniom z WF-u. Temat pozbawionych kondycji nastolatków jest taki modny, że pojawia się nawet na próbnych maturach z angielskiego. Nie będę zagłębiać się w to, czy szkolny WF ma sens i jak jest przeprowadzany. Warto jednak zwrócić uwagę, jakie aktywności proponuje nasze liceum poza zajęciami wychowania fizycznego.


Codziennym treningiem w Jose jest kilkakrotne pokonywanie schodów. Dodając do tego pięcio-dziesięciokilogramowy plecak kształtujemy pośladki. Na przerwach element siłowy stanowi odpychanie rękami tłumów idących z przeciwnej strony.
Balans i układy gimnastyczne mogą być trenowane na kilka sposobów, ale radzę robić to tylko zaawansowanym sportowcom, którzy wypracowali już bazę tlenową na schodach (tutaj stawiam na klasy humanistyczne z sali 41 ze względu na konieczność częstego wdrapywania się na szczyt tego pionu). Pierwsze ćwiczenie to przechodzenie przez barierkę przed wejściem do szkoły, poprzedzone kłusem w poprzek ulicy, aby skrócić drogę z przystanku. Bieg buduje kondycję, a skłony i wymachy nóg towarzyszące przedzieraniu się przez łańcuch zapewniają ogólną gibkość. Bardziej wymagający trening czeka nas w szatni po siódmej godzinie lekcyjnej. Aby dostać się do swojej szafki oprócz stalowych mięśni trzeba mieć silną motywację i wolę walki. Przydatne mogą okazać się ochraniacze na kolana i frotka do ocierania potu frustracji, gdy ktoś zacznie się bez pardonu rozpychać. 
Bycie fit to nie tylko nienaganna figura, ale też odporność i witalność. Pan dyrektor nie zaniedbuje tych aspektów, organizując co najmniej raz w semestrze próbną ewakuację, która stymuluje system immunologiczny. Uczniowie opuszczają mury szkolne w cienkich ubraniach, niezależnie od pogody i hartują się na trawniku przed ratuszem. Podniesiony poziom adrenaliny zwiększa wchłanianie cennych biopierwiastków z rześkiego, bielańskiego powietrza. Dodatkowo chodzenie po trawie pełnej zwierzęcych odchodów wymaga refleksu i koncentracji.


W tym świetle pani Lewandowska popełnia duży błąd. Bo jak, biorąc regularnie udział w tylu wyczerpujących aktywnościach, mieć jeszcze siłę na trzy godziny WF-u w tygodniu? Każdy sportowiec wie, że kluczem do sukcesu jest proporcjonalna do ilości ruchu dawka regeneracji. Nie bójmy się powiedzieć Stop! akcji Stop zwolnieniom z WF-u, chrońmy swoje zdrowie! 

aha, jeszcze: klik

Wednesday, 19 November 2014

roślinna propaganda - o stereotypach, które sami o sobie tworzymy

Jeżeli śledzicie na facebooku jakieś wege strony, wchodzicie na blogi czy siedzicie w tym temacie już jakiś czas, pewnie zauważyliście, że weganie uwielbiają karmić trolle. Nie radzę nawet pomyśleć o słowie "białko", bo zaraz pojawi się pięćdziesiąt agresywnych komentarzy, linki do wątpliwych badań naukowych, aż w końcu ukamienowanie wszystkożercy.
Ale ja nie o tym. Gdy uda nam się w końcu ogół przekonać, że da się na tej wegańskiej paszy przeżyć, zastanówmy się, jakie stereotypy sami szerzymy. Bo kim jest roślinożerca w internecie, a może i we własnych oczach? Wypełnionym po brzegi witaminami, młodym (wiecznie młodym, bo w końcu unika przetworzonej żywności), niezależnym, lewicującym, wszystkowiedzącym, nieskazitelnym moralnie człowiekiem, gardzącym stacjami benzynowymi (bo nie mają parówek sojowych do hot dogów) i podrabianym serem (bo niezdrowy, zresztą porządny weganin przecież nie tęskni za nabiałem).
Uważam, że weganizm to słuszny, optymalny wybór jedzeniowy i poleciłabym go każdemu. Ale nie oszukuję się - taki styl życia wiąże się z ograniczeniami. Po co je mnożyć, łącząc weganizm z innymi szufladkami?
Dlatego, żeby czuć się bardziej wolną trawożerką, stworzyłam przykładową listę z poglądami, którymi "przepisowy" weganin będzie gardził, a które przecież nie są sprzeczne z roślinnym jedzeniem czy (nie daj Boże!) z etycznym życiem.

JEM WEGAŃSKO I...

  • głosuję na PiS
  • nie wiem, co to jarmuż
  • nie lubię zwierząt
  • palę papierosy
  • jestem glutenową królową
  • mam nadwagę
  • noszę skórzane buty
  • piekę kurczaka dla męża
  • często choruję
  • żywię się frytkami i colą
  • podpalam tęczę
jeszcze z przymrużeniem oka: klikklikklik  

Saturday, 1 November 2014

Za Mickiewicza bym nie wyszła, ale "Pana Tadeusza" warto poczytać chociażby dla ogłady towarzyskiej.

Jeśli w liceum przeczytałaś/eś w całości "Pana Tadeusza", pewnie możesz się już zaliczyć do elity intelektualistów naszego kraju. Mało kto kontaktuje się z romantykami inaczej niż poprzez streszczenia.
Mickiewicz we współczesnym świecie ma przerąbane. Bo jak romantyk, to pewnie jakieś homo-niewiadomo, wącha kwiatki, pląsa po łące i zalewa się rzewnymi łzami krojąc cebulę.
Ślub z romantykiem byłby dla mnie koszmarem, nie przeczę. Facet z taką ideą miłości jest nie do zdzierżenia w czasach, w których trzeba szybko podejmować decyzje, rozładowywać zmywarkę i rozliczać PITy. Więc żeby wizja denerwująco wyidealizowanego uczucia nie przysłaniała mi widzenia, postanowiłam spojrzeć na Litwo! Ojczyzno moja! pod względem językowym. I to było miłe zaskoczenie.
W towarzystwie nie mam refleksu. Cięte odpowiedzi przychodzą mi do głowy z opóźnieniem i zawsze zazdroszczę tym, którzy rzucają sucharami jak z rękawa. Mickiewicz na musiał być jednym z nich. Poniżej kilka tekstów, które można wykorzystać na spotkaniach, zwłaszcza ironicznie. Wszystko dzięki naszej narodowej epopei (a zostało mi jeszcze siedemdziesiąt stron do końca, czekam na więcej).

- o niezbyt bystrym znajomym:
Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił

- o kimś z nietypowym poczuciem humoru:
Tak dowcipne żarciki umiał komponować,
Iżby je w kalendarzu można wydrukować

- o przesadnie ekstrawaganckim stroju:
Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity
Przy którym świecą gęste kutasy jak kity

- o przyjaźni: (wersja antysemicka ;)
(...) szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi

- reakcja mężczyzny na napomknięcie o związku małżeńskim:
Proszę cię, moja droga, rozmyśl się! uspokój!
Ja jestem tobie wdzięczen, ale niepodobna
Żenić się, kochajmy się, ale tak - z osobna.


Thursday, 14 August 2014

szesnasta to już wieczór - jak się żyje rannym ptaszkom?

Przypomniała mi się dyskusja między uczniami i nauczycielem, chyba w moim liceum, na temat godzin matur. Wszyscy zgodzili się, że wyniki byłyby lepsze, a młodzież świeższa, jakby przesunąć rozpoczęcie egzaminów na jakąś "ludzką" porę. Typu siedemnasta. Dlaczego dodatkowo męczyć wczesnym wstawaniem, skoro wszyscy lubią dłużej pospać, a ich możliwości umysłowe rosną wraz z wędrówką słońca po niebie? Słysząc to, złapałam się za głowę. Bo jeśli matura będzie po południu, to nie zdam.

Chociaż takie ogólniki zawsze trochę wkurzają, to uważam się za stuprocentowego rannego ptaszka. Od czasu wzmożonego wysiłku umysłowego (początek gimnazjum - przyp. red.), kładę się bardzo wcześnie i wstaję bez budzika skoro świt. 
Chyba nie znam drugiej osoby w moim wieku z podobnymi zwyczajami, ale, o dziwo, gdy porusza się ten temat, większość osób twierdzi, że też chciałaby mieć tak ustawiony zegar biologiczny. Nie wyprowadzam ich z błędu, bo nie wiedzą, na co się piszą.

Dlaczego funkcjonowanie morning people nie jest takie idealne? Ponieważ wieczorne zmęczenie i chęć wyspania przekreśla wiele aktywności. Impreza do rana? Niee. Noc filmowa? Dajcie mi tylko poduszkę. Wieczorny kurs angielskiego? Śpię na ławce. Z tych samych przyczyn wykreślcie z kalendarza wesela, urodziny, nightskating czy treningi biegowe z dzielnicową grupa, które startują o 22. Za to grupa ludzi, która ma ochotę szaleć o ósmej rano nie jest zbyt liczna.

Oczywiście są też plusy. Nie wyrywam sobie włosów z głowy, kiedy w kolejny weekend obudzę się o szóstej. Poranki mają swój urok, nawet w blokowisku są wyjątkowo ciche i leniwe. Moim zdaniem to także dobry czas na rzeczy, na które w ciągu dnia często nie starcza czasu (pisanie pamiętnika, usmażenie naleśników, medytację, zrobienie sobie maseczki, obejrzenie odcinka serialu). Bardzo polecam ćwiczenia rano - po strawieniu śniadania albo na czczo - jogę, bieganie czy coś z filmikami z youtube. Satysfakcja zostaje na resztę dnia i nie trzeba wciskać treningu w popołudniowy grafik.

Sama nie wiem, który patent jest lepszy. Nie zamieniłabym się z żadnym nocnym Markiem, chociaż moje życie towarzyskie by na tym skorzystało. Nie imponują mi osoby, które chwalą się, że po Sylwestrze spały do czternastej, a ja zdążyłam już zjeść obiad. Tylko czasem ubolewam, że nie ma żadnych porannych koncertów.

zdjęcia: tumblr.com

Sunday, 22 June 2014

linki na niedzielę

Długi weekend powoli dobiega końca, a ja zajmuję się tym, co wychodzi mi najlepiej - zużywaniem czasu w dużych ilościach i wsadzaniem na miejsce oczu, które wypływają mi od siedzenia przy komputerze i czytania. Jedynymi zdjęciami, jakie ostatnio zrobiłam jest kilka ujęć rozciapanych owsianek z truskawkami i malinami (skądinąd bardzo dobrych), więc raczej nie ma czym się chwalić. Nawet Krzysiek i Malwina się obrazili i nie chcą ze mną gadać. 
Zainspirowana Vi postanowiłam podzielić się z Wami siedmioma linkami (siedem linków, siedem dni w tygodniu, taka symbolika, jakby ktoś nie wpadł), na które trafiłam w ostatnim czasie i w jakiś sposób mnie zainteresowały.

1) Jak biegać i medytować jednocześnie - dla zabieganych ofiar szybkiego stylu życia: http://www.mindbodygreen.com/0-14121/how-to-turn-your-run-into-a-meditation.html
2) Od niedawna czaderski sklep Pan Tu Nie Stał działa w Warszawie, na ulicy Koszykowej. Ich rzeczy znajdziecie tu: http://pantuniestal.com/sklep/
3) Zapiekanka z ogniska jak znalazł na wakacje: http://wegannerd.blogspot.com/2014/06/babka-ziemniaczana-zapiekanka-z-ogniska.html
4) Innowacje z Berlina - pierwszy sklep bez opakowań: http://ulicaekologiczna.pl/zdrowy-styl-zycia/w-berlinie-powstanie-pierwszy-sklep-bez-opakowan/
5) Wczoraj odbył się górski Bieg Rzeźnika. Pierwsze wrażenia po 80-kilometrowej trasie opisuje wegańska zawodniczka: http://wegankabiega.pl/bieg-rzeznika-cz-1/
6) Dziewięć smętnych piosenek napisanych z powodu prawdziwych zawodów miłosnych: http://hellogiggles.com/9-songs-inspired-real-heartbreak
7) Czemu nie warto starać się być cool w podstawówce: http://www.dazeddigital.com/artsandculture/article/20286/1/cool-in-school-youre-probably-not-anymore

A w bonusie jeszcze letnia stylówa, żebym mogła poczuć się jak blogerka modowa (funkcjonuje nadal określenie fashionistka? niedawno mówiło się przecież szafiarka ;>).

Monday, 21 April 2014

Wielkanoc w Krakowie

Jestem monotonna w swoich zachwytach, do jakiego polskiego miasta nie pojadę, to mi się podoba (chociaż nie, chyba Zakopanego nie lubię). Kraków w każdym razie jest super, nawet jak pada, są święta, knajpy są zamknięte i siedzi się z fioletowym nosem wśród tłumu japońskich turystów w Kościele Mariackim. Wizyta była głównie w celach rodzinnych, więc zdjęciami z muzeów i sklepów nie poszastam, ale lustrzankę trochę wzięłam w obroty i oto co działo się przez piątkosobotoniedzielę:
































A na stole wielkanocnym z wegańskiej szamki było razowe pieczywo, hummus paprykowy, pasta z zielonego groszku, sałatka jarzynowa (sama opyliłam sporo ponad pół kilo) i bezcukrowe brownie z tofu (ciężkie i zapychające, ale jakie dobre). Przed świętami zrobiłam jeszcze ciasto kukurydziano - bananowe, umiarkowane wizualnie, chociaż smakowo całkiem całkiem (przepis może następnym razem).

Zdjęcia powyżej ze Starówki, Wawelu, Kazimierza, Pod NorenamiNova Krova i Naturalnego Sklepiku.

read me