Monday, 21 April 2014

Wielkanoc w Krakowie

Jestem monotonna w swoich zachwytach, do jakiego polskiego miasta nie pojadę, to mi się podoba (chociaż nie, chyba Zakopanego nie lubię). Kraków w każdym razie jest super, nawet jak pada, są święta, knajpy są zamknięte i siedzi się z fioletowym nosem wśród tłumu japońskich turystów w Kościele Mariackim. Wizyta była głównie w celach rodzinnych, więc zdjęciami z muzeów i sklepów nie poszastam, ale lustrzankę trochę wzięłam w obroty i oto co działo się przez piątkosobotoniedzielę:
































A na stole wielkanocnym z wegańskiej szamki było razowe pieczywo, hummus paprykowy, pasta z zielonego groszku, sałatka jarzynowa (sama opyliłam sporo ponad pół kilo) i bezcukrowe brownie z tofu (ciężkie i zapychające, ale jakie dobre). Przed świętami zrobiłam jeszcze ciasto kukurydziano - bananowe, umiarkowane wizualnie, chociaż smakowo całkiem całkiem (przepis może następnym razem).

Zdjęcia powyżej ze Starówki, Wawelu, Kazimierza, Pod Norenami, Nova Krova i Naturalnego Sklepiku.

Sunday, 13 April 2014

biegam, bo nie lubię - "Idź, to wygrasz dla nas benzynę" (Orlen Warsaw Marathon)







Dzisiaj męczą się maratończycy (Szost trzeci, a wśród kobiet na drugiej pozycji Iwona Lewandowska) i biegnący na 10 km, a ja wczoraj wystartowałam w charytatywnym marszobiegu, także w ramach Orlen Warsaw Marathon. Na stronę wydarzenia trafiłam przypadkowo jakieś trzy tygodnie temu. Bezpłatny udział, od każdego uczestnika dyszka trafia na dom dziecka, bez limitów wiekowych i czasowych. Są miejsca? No to czemu nie? Regularne treningi biegowe przerwałam chyba półtora roku temu i w głowie kiełkuje mi myśl, żeby znowu zabrać się za jogging, a takie masowe imprezy tylko do tego zachęcają. W ten weekend co druga osoba mijana w komunikacji miejskiej ma na sobie koszulkę z logo wydarzenia, firmowy plecaczek albo (w przypadku panów) mega żylaste łydki. Jednak na hipsterkę się nie nadaję, bo mainstreamowe eventy sportowe uwielbiam.
O samym marszobiegu jeszcze parę słów: 10 000 uczestników (nie, nie pomyliłam się w liczbie zer), rodziny, dzieci, niepełnosprawni, pies, strażacy, gladiatorzy, maskotki... Na początek wspólna rozgrzewka, wystrzał z pistoletu po którym pękły ogromne siatki z biało-czerwonymi balonami i ruszamy. Pierwszy kilometr był wyjątkowo ślamazarny, wszyscy dreptali w miejscu, próbując przebić się do przodu (mi zajęło to około 9 minut). Kawałek przez Krakowskie Przedmieście (start był na Placu Zamkowym), zbieg na Powiśle, prosta przy Centrum Nauki Kopernik, później przez most Świętokrzyski, a meta oczywiście obok Stadionu Narodowego. Nie nastawiłam się na rywalizację ani bicie rekordów, 5 km przebiegłam w pół godziny. O siedemnastej trzydzieści przekroczyłam linię mety (po drodze rozwiązała mi się chusta i trochę się z nią szamotałam na ostatniej prostej), niestety medali brak, zostałam z butelką wody i apetytem na większy dystans (no i kolację).
Ogólnie cieszę się z udziału w imprezie, trasa bardzo przypadła mi do gustu i fajnie, że udział brały osoby w różnym wieku i stopniu wytrenowania. Nawet zapomniałam, że w sumie nie lubię biegać... ;)

read me