Krzysiek leżał na kanapie w pozycji trupa, z twarzą przykrytą podręcznikiem od polskiego.
- Robisz sobie maseczkę z Mickiewicza? - Malwina stanęła w drzwiach, sama wysmarowana połączeniem jogurtu naturalnego i miodu - Ta książka pewnie przyrosła ci już do skóry, lepiej jej nie zdzieraj.
- Kawy - jęknął kuzyn z kanapy. Dziewczyna podała mu swój kubek z Barbie. Pociągnął łyk i o mało co nie wypluł na dywan (czyszczony w zeszłą środę).
- Co to za paskudztwo? Smakuje rybą.
- Napar z pokrzywy. Wzmacnia włosy i paznokcie - zareklamowała.
- Nie potrzebuję włosów. Potrzebuję wchłonąć romantyzm - Krzysiek zrezygnowany sączył ziółka.
- Nie świruj. Uczyłeś się zawsze na bieżąco. Czego się tak boisz? Powiedzmy, wyobraź sobie najgorszą rzecz, jaka mogłaby się zdarzyć na twojej maturze. Wyrzuć to z siebie.
Chłopak wybałuszył oczy. Do głowy przyszły mu wszystkie (gorsze) komedie pomyłek, które obejrzał przez ostatnie lata. Roześmiał się.
- Chyba coś, co najbardziej by mnie dobiło, to jakieś zakłócenie egzaminów. Ktoś ściąga, dzwoni telefon, służby specjalne wskakują przez okno. Wtedy anulują matury i będą powtórki, w sierpniu czy kiedyś. Nie dość, że ciężko ze składaniem na studia, to jeszcze mnóstwo dodatkowego stresu.
- Podoba mi się koncepcja z służbami specjalnymi - Malwina podjadła trochę jogurtu, który miała na brodzie - Ale myślę, że to się rzadko zdarza. Zostały ci dwa tygodnie do maja. Powinieneś przestać się masakrować i poświęcić ten czas na relaks. Pojechać na długi weekend na Majorkę, pływać w akwenie z biczami wodnymi i pić zmrożone mojito...
Krzysiek chciał coś powiedzieć, ale kuzynka była myślami na tropikalnej plaży o zachodzie słońca i wzdychała rozmarzona. Odłożył podręcznik do szafki, a kubek do zmywarki, zmienił koszulkę i potwierdził SMSem sobotnie spotkanie z Eweliną. Po krótkim namyśle zdjął z półki Pędzące żółwie i wrócił do salonu.
- Grasz? - zapytał.
- Pewnie. Daj mi tylko zmyć maseczkę. Ale liczę na fory, nie chcę znowu przegrać trzy razy z rzędu.
- Nie rozumiesz aspektu psychologicznego żółwi. Za bardzo zdradzasz się mimiką. Musisz zachować kamienną twarz.
- Jesteś taki nieczuły. Jak mogę się nie martwić, gdy mój żółw jest ostatni?
Sunday, 14 September 2014
Saturday, 6 September 2014
I BMW Półmaraton Praski
O imprezie
Do tej pory brałam udział w trzech zawodach na "piątkę", więc nie miałam pojęcia, jak wygląda organizacja biegu na ponad 21 kilometrów. Zapisałam się dużo wcześniej, nie znając jeszcze dokładnej trasy (ani swoich możliwości?), skusiła mnie reklama, że biegnie się po płaskim jak stół podłożu, zero podbiegów, praktycznie brak skrętów. Tydzień przed deadlinem odebrałam pakiet startowy (materiałowy plecaczek), w którym były numer, informator, ulotki, turkusowa koszulka Reebok, opaska odblaskowa i tabletki z elektrolitami (żelatynowa otoczka, więc się nie poczęstowałam).
Przed startem
Ostatnie dni sierpnia to była totalna huśtawka, mało spałam, jadłam dużo klusek (chociaż to robię na co dzień, także żaden szok), pięć razy sprawdzałam dojazd i pogodę oraz masakrowałam się myślami o optymalnej długości spodenek.
Na start (czyli w okolice Stadionu Narodowego) pojechałam autobusem, sama, żeby rodzina mnie dodatkowo nie nakręcała. Miałam ponad pół godziny zapasu, żeby się przebrać, oddać rzeczy do depozytu, wysmarować palce wazeliną, zawiązać podwójnie buty i postać w kolejce do toi-toika. Popatrzyłam na start Biegu Dziecka na 500m (biegły nawet mamy z niemowlakami w rękach, czad), rozejrzałam się po stoiskach sponsorów i ruszyłam na wspólną rozgrzewkę, prowadzoną przez redaktora naczelnego Runners' World (przyznam się bez bicia, że trenując często rozgrzewam się na odwal, więc to była dobra odmiana).
Biegnę!
Meta
Na metę wpadłam bez sprintowania, jednym okiem przyuważyłam czas brutto (chyba 2:12), zobaczyłam mamę i brata, którzy wołali do mnie zza barierek, zwolniłam, dostałam medal, wodę i doczłapałam do depozytu po swoje rzeczy. Nogi miałam jak dwa kołki, tyłek bolał jak nigdy i rozkazałam sobie, żeby tylko od razu nie siadać. Idąc w stronę stolików spotkałam pana w koszulce Vege Runners, z którym ucięłam sobie pogawędkę - przebiegł te 21 kilometrów boso, w czasie około 1:50, byłam pod mega wrażeniem.
Znalazłam w końcu rodzinę, popozowałam do zdjęć, rozciągnęłam się na trawie, zjadłam banany, popiłam wodę kokosową i nadal do końca do mnie nie dotarło, że na szyi wisi mi medal z półmaratonu. Brat zdążył pojeździć elektrycznym samochodzikiem BMW, w czasie gdy ja przebierałam się i myłam (niestety na masaż się nie załapałam, bo kolejka była na sto osób). Obiad zjedliśmy w Laflaf - jeśli nie polecałam jeszcze tej knajpy, idźcie tam koniecznie: mają pyszny hummus, razowe pity, sok borówkowy i frytki belgijskie, wszystko świeże i w przyzwoitych cenach. Reszta tego pamiętnego dnia zleciała mi na oglądaniu serialu, odpoczynku i szykowaniu się do szkoły (bieg odbył się 31.08).
Alternatywne tytuły tego wpisu
Generalnie jestem bardzo szczęśliwa i dumna z udziału w tej imprezie (aha, mój czas netto okazał się 2:05:25), dlatego dobijają mnie nieco hejty, których pełno na fejsbuku. Przykłady? BMW - Bardzo Mało Wody. BMW Półmaraton Płaski. Koszulki jak namioty. Biegłam w drugiej połowie stawki i jakaś woda zawsze była, a koszulka XS jest na mnie lekko luźna, ale nie przeszkadza mi to w używaniu. Po przeczytaniu kilkunastu komentarzy zaczynam wierzyć, że Polska to kraj narzekaczy. Nie mam specjalnych zarzutów do organizacji i poleciłabym tę imprezę śmiałkom, którzy chcą pokonać pół królewskiego dystansu.
PS Dzień po biegu nie lubię się ze schodami, ale dwa dni po fakcie nie mam już zakwasów. W czwartek poszłam na półgodzinny trening i truchtało mi się świetnie. Moje nieprofesjonalne przygotowanie okazało się wystarczające? A może szybka regeneracja to zasługa rozciągania i wegańskiej diety? ;)
strona biegu
Subscribe to:
Posts (Atom)