Szukasz mieszkania/pokoju do wynajęcia? Spędzasz długie godziny na przeglądaniu ogłoszeń? Po wizycie w Gdańsku, a wcześniej przesiedzeniu większości sierpnia na stronach z nieruchomościami, ułatwię Ci zadanie i wyjaśnię kilka pojęć często używanych w ofertach. Powodzenia!
mała, ale ustawna kawalerka = bokiem da się wepchnąć materac
niskie opłaty = trzeba palić w piecu węglem
dobrze skomunikowane = właściciel jest gadatliwy
z widokiem na morze = jak wejdziesz na Google Maps
cicha okolica = obok cmentarza
raczej dla panów = raczej bez bieżącej wody
idealne dla studentów = za zniszczenia i tak potrącamy z kaucji
szukamy dziewczyn = nie ma kto sprzątać toalet
10 min do dworca = jeśli biegniesz tempem Usiana Bolta
bez właściciela = hoduj pod łóżkiem co chcesz
Wnioskując po spotkaniach rodzinnych, życie młodego człowieka jest podzielone na kilka etapów. Gdzieś między "Gugugu, daj cioci klocuszka!" a "To kiedy doczekamy się wnuków?" jest matura i studia, czyli tzw. "najlepszy okres w życiu", Wszyscy, którzy już wytarli z pamięci swoje licealne świadectwa, ciągle wyrażają swoją zazdrość i ubolewanie, że ich stare kości nie udźwignęłyby już ciężaru studenckich imprez.
Będąc właśnie w epicentrum życiowej szczęśliwości, robię chyba coś nie tak. Przesądzanie jednym kliknięciem o swojej przyszłości (magia rekrutacji online) kojarzy mi się bardziej z wiszeniem nad urwiskiem niż wycieczką do Disneylandu. Bo właściwie jakie perspektywy ma przed sobą dziewiętnastolatek ze spakowaną walizką i miejscem w akademiku? Jeśli jest osobą samodzielną i poukładaną, dojdzie mu trochę nowych obowiązków - robienie zakupów, kserowanie książek w bibliotece, zgarnianie do kosza syfu współlokatorów itp. Student dziecinny i impulsywny prawdopodobnie wyda oszczędności w tydzień (piwko na mieście swoje kosztuje), żeby przez resztę miesiąca jeść bułki z chlebem i odsypiać zamiast chodzić na wykłady. Czy to uczy samodzielności tak bardzo jak mówią? Sądząc po tym, ilu "dorosłych dorosłych" nie umie ugotować obiadu czy utrzymać porządku w szafie - chyba nie.
Możliwe, że koniec liceum to dobry moment, żeby lepiej poznać siebie. Udary mózgu z czasów gimnazjalnych się zaleczyły, fałszywe przyjaźnie nie przetrwały, niektórzy mają już wieloletnie hobby i biznesplany. Kłótnie z rodzicami, jakie kierunki są "przyszłościowe" ćwiczą asertywność, a przy okazji rozwożenia papierów można pozwiedzać polskie miasta. Niektórzy pracują, żeby odłożyć trochę pieniędzy, inni przeciwnie - wydają co mają na zagraniczne podróże.
Należę do "szczęśliwców", którzy nie planują poprawiać matury, więc prawdopodobnie w październiku wskoczę dość spontanicznie w studenckie życie w nowym mieście. Moje oczekiwania są mieszanką zdjęć minimalistycznych kawalerek z "Elle Decoration" i słabych dowcipów o biednych studentów. Ból dupy powoduje głównie za dużo niewiadomych i strach przed obcymi (w życiu nie otworzę listonoszowi mieszkając sama), ale może będzie fajnie? Życie to zweryfikuje.
I jeszcze bardzo niemiła rzecz - tuż po wyjściu z matur, kiedy człowiek zmarnowany, czerwony i smutny, wszyscy wypytują, jak poszło (a skąd mam niby wiedzieć?). A kiedy już znam wyniki i kwiczę z zadowolenia i chęci poszpanowania, nikt nie jest zainteresowany.